czwartek, 29 grudnia 2016

NAJgorsze książki 2016


Kolejny rok zbliża się ku końcowi, więc wypadałoby chociaż w jakiś sposób go podsumować. Zanim jednak zdecyduję się, pokazać Wam, które książki były moim zdaniem najlepsze, to podzielę się tymi, które przynajmniej według mnie, zasłużyły na tytuł przeciwny. Nigdy nie miałam okazji robić podsumowania najgorszych książek roku, jednak 2016 przyniósł wiele zmian, także i w tym przypadku. 
♦♦♦

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Wesołych Świąt! (12 Dni Świąt Dasha i Lily - Rahel Cohn & David Levithan)


Kochani, zanim przejdę do recenzji, chciałabym życzyć Wam Wesołych Świąt! Co prawda to już ostatni dzień, ale przecież każdy następny także zasługuje na życzenia. Tak więc, wszystkiego co najlepsze. Dużo uśmiechu na każdy dzień, radości i jak najmniej smutków! Spełnienia marzeń (i jeśli ktoś tak jak ja zdaje w tym roku maturę, to życzę nam jak najmniej stresu!) i przede wszystkim samych wspaniałych lektur i czasu na ich czytanie! ♥

sobota, 17 grudnia 2016

Baśń XXI wieku? (Never Never - Colleen Hoover & Tarryn Fisher)


O Colleen Hoover pisałam już nie raz. Czytałam jej niejedną książkę. Bywały lepsze, bywały gorsze (szczególnie po spojrzeniu na nie z biegiem czasu), zazwyczaj chętnie sięgałam po kolejne jej pozycje, jednak po Ugly Love nie miałam długo ochoty, na książkę z podobnego gatunku. Jak jednak wypadł duet Hoover i Fisher, o której nigdy nic nawet nie czytałam?

poniedziałek, 12 grudnia 2016

(Spóźnione) Podsumowanie Listopada + KONKURS


Mamy już prawie połowę grudnia, jednak na blogu nie pojawiło się jeszcze podsumowanie listopada. Wstyd! Jednak grudzień to nie tylko magiczny czas świąt, ale także zakończenie semestru (przynajmniej dla mnie) i kilka wyjazdów, dlatego też nie miałam okazji przysiąść aby coś dla Was napisać.

czwartek, 8 grudnia 2016

Lion Droga do domu - Saroo Brierley



Historia, którą napisało życie. Na takie zdaniem natknęłam się gdy czytałam o tej książce i muszę przyznać, że jest to w 100% prawda. Lion droga do domu to pewnego rodzaju autobiografia, a życie Saroo i jego historia warta jest poznania. 

niedziela, 27 listopada 2016

Poczuj w życiu magię (Hygge. Klucz do szczęścia - Meik Wiking)


Czy istnieje coś takiego jak klucz do szczęścia? Czy można napisać podręcznik, jak stać się szczęśliwym? To pojęcie indywidualne, każdy człowiek odbiera je inaczej. Każdemu radość przynosi coś innego, więc czy można znaleźć złoty środek? 

Meik Wiking to dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. Brzmi intrygująco? Duńczycy uważani się za jeden z najszczęśliwszych narodów świata. Dlaczego więc nie sprawdzić, co sprawia, że tak się dzieje? Praca Wikinga to dążenie do uszczęśliwienia największej ilości ludzi na świecie, dla niektórych praca - marzenie. 

Ale co to jest to całe Hygge? Nawet po przeczytaniu całej książki, nie potrafię za pomocą jednego zdania opisać tego pojęcia. Hygge to nastrój, to jest uczucie, które czujemy kiedy jesteśmy szczęśliwi. Hygge to siedzenie opatulonym w kocu, z gorącym kakaem i ulubioną książką. Hygge to magia świąt, to uśmiech który gości na twarzy kiedy pada puszysty śnieg (chyba że tylko ja uwielbiam się kręcić i tańczyć jak sypie śnieg). 

Coraz częściej ludzie pędzą między pracą lub szkołą a domem. Brakuje czasu na wszystko, a już przede wszystkim na chwile relaksu i czas dla bliskich. Hygge to książka, która pokazuje jak wykorzystać najdrobniejsze rzeczy, aby w każdym miejscu odnaleźć sposób na szczęście. 

Autor wyjaśnia pojęcie hygge a następne daje niejeden przepis, jak można je poczuć. Oczywiście nie wszystko da się wykorzystać u każdej osoby na świecie, jednak na pewno każdy znajdzie chociaż coś dla siebie. 

Czytając tę książkę zrozumiałam, jak ważne są rzeczy, których na co dzień nie dostrzegamy, a których świadomość może odmienić naszą codzienność. Sama lektura Hygge jest hyggelig. Autor napisał przepis na szczęście, językiem który sprawia, że można je poczuć za pomocą samych słów. 

Warto nauczyć się słowa hygge, które może być zarówno czasownikiem, rzeczownikiem jak i przymiotnikiem i wprowadzić je do swojego życia. Wydawać by się mogło, że cała filozofia szczęścia nie potrzebuje książki, bo nie będzie ona niczym odkrywczym. Niektórzy mogą wyjść z założenia, że Meik Wiking pisze o tym, do czego każdy człowiek może dojść po chwili namysłu, jednak prawda jest taka, że badania pozwoliły mu dotrzeć do niuansów, które zebrane razem, ukażą, jak wiele jest możliwości przez nas niewykorzystanych. 

Przepiękne wydanie książki, jej malutki format, klimatyczne fotografie i wartościowa treść, sprawiają, że jest to idealna pozycja na prezent zarówno dla bliskich jak i nas samych. Warto dać jej szansę i nie zamykać się na możliwości jakie nam oferuje.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czwartek, 24 listopada 2016

Czerwone Złoto - Tom Hillenbrand


Kulinarne dzieło sztuki. Czy taki tytuł pasowałby do serii stworzonej przez Toma Hillenbranda? O poprzednim tomie, w którym się bez pamięci zauroczyłam, pisałam w zeszłym miesiącu i nie mogłam się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie kontynuacja. Jednak czy słusznie tak na nią czekałam? 

Xavier Kieffer, po wydarzeniach związanych z Diabelskim Owocem, powraca chociaż w pewnym stopniu, do świata wielkiej kuchni. Kiedy dostaje zaproszenie od paryskiego burmistrza, na specjalne przyjęcie, na którym dania będzie podawał światowej sławy mistrz sushi, decyduje się wziąć w nim udział. Nie spodziewa się jednak, że na jego oczach kucharz padnie martwy...

Znając charakter bohatera z pierwszej części, można się domyślić, że nie zostawi tej sprawy bez odpowiedzi, w końcu Xavier to dość ciekawska postać. Nie spodziewa się jednak, że podążając tropem menu z przyjęcia, trafi do świata najdroższych ryb jakie istnieją i ludzi, którzy zrobią wszystko, aby zarobić na nich kolosalne pieniądze. Luksemburski kucharz nie zdaje sobie sprawy, że mieszając się w sprawy, którymi rządzą inne prawa, może ściągnąć nieszczęście nie tylko na siebie, ale także na swoich bliskich.

Po raz kolejny podążając śladami Kieffera, autor zabiera czytelnika w niezwykłą podróż, począwszy od przyjęcia w Paryżu, po Sycylijskie wyspy i Luksemburskie miasteczka. Kto by pomyślał, że historia tuńczyka, może stać się fundamentem do powstania powieści? 

Niektórzy mogą uważać, że książki Hillenbranda nie zasługują na miano kryminału. Dla mnie jednak nic nie może lepiej oddać tego, czym jest Czerwone Złoto, jak stwierdzenie, że jest to kryminał dla smakoszy. Wątkiem kryminalnym w tej książce należy się delektować. Jest to tylko jedno danie z szerokiego menu, jakie przygotował dla czytelników autor. 

Zarówno w Diabelskim Owocu jak i jego kontynuacji, dominującym aromatem tworzącym klimat, jest mieszanka kulturowa. Luksemburski kucharz, francuska spadkobierczyni imperium krytyki kulinarnej, Fin, a do tego japońscy mistrzowie sushi i śródziemnomorscy tradycjonaliści połowów tuńczyka. Każda z postaci jest inna i każda wzajemnie się uzupełnia. Pod tym względem Czerwone Złoto jest lepsze od swojej książkowej poprzedniczki, ponieważ pojawia się jeszcze więcej bohaterów. 

Tom Hillendbrand stworzył fabułę, w której to postacie, a nie akcja, grają pierwsze skrzypce i nie stają się papierowi. Nie sposób się do nich nie przywiązać, ponieważ mimo niemoralnych działań związanych z tuńczykiem, które porażają świadomością, że świat XXI w tak wygląda, to lektura tych książek bije ciepłem i pozwala się zrelaksować. 

Nigdy nie spodziewałam się, że za pomocą kilkuset stron, zwiedzę spory kawałek Europy. Autor potrafi w magiczny sposób działać na wyobraźnię, ponieważ tylko za pomocą słów, potrafi otworzyć przed czytelnikiem historyczne uliczki Luksemburga, czy tętniący życiem Paryż. 

Seria Hillenbranda jest idealna na jesienne i zimowe wieczory, aby zaszyć się pod kocem z gorącą herbatą i chociaż na kilka godzin oderwać się od rzeczywistości i znaleźć się nad Morzem Śródziemnym. To nie są książki z gatunku tych, których akcja pędzi jak szalona, a nawet niekiedy męczy czytelnika. To coś zupełnie innego, niewymagającego ale na swój sposób uroczego. 

Diabelski Owoc i Czerwone Złoto to przede wszystkim źródło relaksu i odpoczynku w niesamowitych klimatach. Ta lekka, a może nawet dziwnie brzmiąca książka, która może po opisie nie zachęcać, ma to "coś" co sprawia, że nie wyobrażam sobie, że to już koniec historii Xaviera, Valerie i Pekki. 

Jeśli wiecie co to hygge, to wyobraźcie sobie, że ta książka to esencja wszystkiego co hyggeligt, bo to jest słowo, które idealnie opisuje to, co przychodzi mi na myśl o książkach Hillenbranda. 


★★★★
Za książkę dziękuję wydawnictwu Smak Słowa



sobota, 19 listopada 2016

Wyobraź sobie że... (Imagines - Anna Todd & inni)

Nie jestem zwolenniczką opowiadań, ponieważ zazwyczaj nie chcę rozstawać się z bohaterami. Przyzwyczaiłam się, że akcja opisywana jest powierzchownie i trudno wczuć się w klimat wykreowany przez autora. Jednak ciekawość zwyciężyła w przypadku Imagines, ponieważ chciałam przekonać się, jak czytelnik może stać się głównym bohaterem. Jednak można się spodziewać, że w zbiorze aż 34 opowiadań znajdą się zarówno opowiadania lepsze jak i przysłowiowe czarne owce. 

Trudno powiedzieć, o czym te opowiadania są, ponieważ każde jest inne. Wszystko jednak sprowadza się do tego, że to my - czytelnicy stajemy się głównym bohaterem, a towarzyszą nam gwiazdy, które znamy z filmów czy muzyki - lub też nie znamy ich w ogóle. Trudno jednak w przypadku takiej liczby opowiadań nie znaleźć chociaż jednego, które nas zainteresuje. 

O fanfikach mówiłam nieco w przypadku Uratuj Mnie, które w sumie mi się spodobało, jednak patrząc na zbiór opatrzony przede wszystkim nazwiskiem Anny Todd nie jestem w stanie tego powiedzieć. Jest to klasyczny i schematyczny przykład opowiadania z wattpada, które w żaden sposób nie mogę nazwać szanującą się literaturą. 

Te opowiadania są przede wszystkim płytkie i banalne. Oczywiście trudno oczekiwać realności w przypadku, kiedy opowiadania dotyczą spotkania gwiazd światowego formatu, jednak w niektórych opowiadaniach sytuacje były tak niemożliwe, że miałam ochotę (przepraszam za wyrażenie) walnąć autora tą cegłą w głowę. 

Pozytywnie zaskoczyła mnie jednak Anna Todd, ponieważ z czystym sumieniem mogę przyznać, że jej opowiadanie było najlepsze ze wszystkich. Medium udało się ukazać rozwój akcji, nic nie spadało na bohaterów jak piorun z jasnego nieba i nie sprawiło, że przy pierwszym wejrzeniu wpadli w swoje ramiona. 

Oczywiście nie każde opowiadania sprowadzały się do historii miłosnych. Pozytywnie zaskoczyły mnie wątki przyjaźni bądź jednorazowego spotkania , niekończącego się niczym więcej. Jednak nie jestem w stanie zapomnieć o przeważającej ilości opowiadań sprawiających wrażenie pisanych na siłę. Żałuję, że nie stworzono mniejszego zbioru, który zawierałby tylko te lepsze opowiadania, ponieważ w tym przypadku giną one, na tle historii chociażby z Kardashianami w roli głównej, które zdecydowanie nie powinny rozpoczynać zbioru (nie powinny się nigdy w nim znaleźć).

Wyobrażenia nie mają granic, więc wyobraź sobie, że może zdarzyć się wszystko to zechcesz - zdecydowanie trzymali się tej zasady wszyscy autorzy, jednak czytanie tej książki nie sprawiło mi żadnej przyjemności, ale jako że należę do upartych osób, obiecałam się, że przez całość przebrnę, mimo że niekiedy było naprawdę ciężko. 

Może osoby, które lubią twórczość wattpada będą w stanie zobaczyć w Imagines coś więcej, ja na dzień dzisiejszy zdecydowanie o tej pozycji chciałabym zapomnieć.

Za książkę dziękuję wydawnictwu OMG Books.

niedziela, 13 listopada 2016

Behawiorysta - Remigiusz Mróz


Są takie książki, do których podchodzi się jak do jeża. Na blogu nie brakuje recenzji książek Remigiusza Mroza, jednak tak jak serię z Chyłką i Zordonem uwielbiam i za każdym razem z utęsknieniem wyczekuję na kontynuacje, tak recenzja Trawersu już od ponad pół roku się nie pojawiła, mimo że książkę skończyłam czytać jeszcze w maju. Do teraz nie wiem co o tej serii myśleć, bo mimo, że czytało się ją bardzo fajnie i w gruncie rzeczy mi się podobała, to coś nie pozwala mi się ostatecznie określić. 

Kiedy usłyszałam o Behawioryście - nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła poznać nowych bohaterów i przeżyć z nimi te wszystkie wydarzenia. Jednak im bliżej było do premiery, tym coraz więcej wątpliwości i obaw miałam. Dużo osób zaczęło podkreślać, że postacie tworzone przez tego autora są schematyczne, a wydarzenia nierealne bądź przewidywalne. Jednak kiedy Behawiorysta zaczął zbierać bardzo pozytywne opinie, nie mogłam przejść obojętnie, w końcu poprzednie książki mnie nie zawiodły, postanowiłam zaufać własnej opinii i czy to była dobra decyzja? 

Może ktoś już zwrócił uwagę, że nie lubię krytykować książek, a żeby na Fantastycznych książkach... przeczytać naprawdę negatywną recenzję, książka musi mnie wynudzić i zszargać moje nerwy i cierpliwość. Jednak tak jak do tego drugiego kryterium raczej wszystkie książki Remigiusza Mroza, które dotychczas miałam okazję przeczytać, można przypasować, tak żadna nigdy nawet nie otarła się o nudę i z Behawiorystą nie było inaczej.

Gerard Edling to były prokurator, który skutecznie zamknął sobie drzwi powrotne do prokuratury. Jednak kiedy w opolskim przedszkolu pewien mężczyzna (kompozytor) zamyka się wraz z dziećmi i przez internet daje osobom z zewnątrz wybór, kogo ma zabić, a kto przeżyje - Edling staje się brzytwą, której łapią się lokalne służby. W taki sposób rozpoczyna się Koncert Krwi, w którym to każdy może zadecydować o losie drugiego człowieka, a kompozytor staje się osobą, która tylko wypełnia wyrok.

Gerard - tytułowy behawiorysta - staje się postacią charakterystyczną, przede wszystkim ze względu na to, że jest specjalistą od komunikacji niewerbalnej (kinezyki). Ze sposobu zachowania w określonych sytuacjach, jest w stanie wyczytać więcej niż z samej rozmowy z drugim człowiekiem, przez co chcąc nie chcąc, czytelnik dostaje krótką lekcję dostrzegania cech niewyrażonych przez słowa. Czy jest to przydatna lekcja, każdy musi zadecydować już sam. Jest to jednak niezaprzeczalnie jeden z najsilniejszych aspektów tej książki - która dzięki temu wprowadza coś nowego i łamie dotychczasowe schematy powieści akcji. 

To co się dzieje w tej książce, angażuje czytelnika i budzi w nim sprzeczne emocje. Stawia pytania, jakich wyborów sami byśmy dokonali. Czy bylibyśmy w stanie otwarcie wskazać która z przedstawionych osób ma zginąć? Ta książka jest w pewien sposób brutalna, jednak w taki sposób działa bohater. Nie waha się, a autor zdecydowanie krokiem przeprowadza odbiorcę przez to, co nam zaserwował.

Behawiorysta to mocna pozycja, która zdenerwowała mnie jak mało która. Powinnam już się nauczyć, aby nie darzyć zbytnią sympatią bohaterów, bo lubią przydarzać im się (nie)ciekawe wypadki, jednak łudziłam się, że tym razem będzie inaczej. Lecz - no cóż na świecie nie brakuje niesprawiedliwości. Można jednak dzięki temu poćwiczyć cierpliwość szczególnie biorąc pod uwagę sprawę z dziewczyną, przez którą Edling stracił pracę i do której autor usilnie powracał, nie wyjaśniając o co chodzi. Dla niektórych rzeczy warto czekać, jednak osobiście czytając ostatnią część - Presto, Vivo, byłam gotowa rzucić książką i się na nią obrazić, jakkolwiek dziecinnie to nie brzmi. Inni używali niecenzuralnych słów, ja się obraziłam - ale w końcu, w różny sposób można wyrażać emocje.

Nie da się ukryć, że Behawiorysta trzyma w napięciu do samego końca, przez co nie sposób z własnej woli tę książkę odłożyć. Z czystym sercem mogę się zgodzić, że jest to najlepsza powieść Remigiusza Mroza, mimo że Parabellum i serię z Chyłką darzę wielkim sentymentem.

Jeśli więc szukacie pozycji dopracowanej do samego końca, niosącą ze sobą cały przekrój różnorodnych emocji, wiecie za jakim tytułem się rozejrzeć ;)





wtorek, 8 listopada 2016

milk and honey - rupi kaur



milk and honey to tytuł, który ostatnio zawładnął nie tylko zagranicznym instagramem, ale także w dużej mierze i polskim. Oczywiście moja ciekawska natura, nie pozwoliła mi przejść obok tej pozycji obojętnie. Zapewne miało w tym swój udział przepiękne wydanie tej książki. Jednak czy te wszystkie słowa zachwytu nad tą pozycją są aż tak zasłużone? 

Ocenić poezję jest trudno. Dla każdego niesie ona inne przesłanie, z założenia każdy może odnaleźć w niej coś innego. W moim przypadku, nawet rozkładanie wierszy na czynniki pierwsze, na lekcjach języka polskiego, nie sprawiły, bym nie lubiła takiej twórczości. Co prawda sięgam po nią bardzo rzadko, jednak istnieją autorzy i wiersze, do których uwielbiam wracać. Nie mogę jednak powiedzieć, że "nowoczesną" poezję potrafię zrozumieć. Mam wrażenie, że im prostszym językiem jest napisana, tym mniej ona ma do przekazania. Dziwne może wydawać się to, że doceniam utwory pełne metafor i odniesień do dawnych epok, a nie potrafię zrozumieć czegoś, co opisuje świat w którym na dobrą sprawę żyję. Uznaję więc, że problem leży po obu stronach: zarówno u mnie, jak i w poezji XXI wieku. 

"if you are not enough for yourself 
you will never be enaugh 
for someone else"

Ale do rzeczy. Czym właściwie jest milk and honey? Jest to tomik podzielony na cztery części, którego autorką zaledwie 24-letnia dziewczyna pochodząca z Indii, której życie nie należało do najprostszych. Jednak kiedy ktoś mnie zapyta, o czym ta książka jest - moja odpowiedź brzmi: nie wiem. Przeczytałam wszystkie utwory, niektóre nawet po kilka razy i w żaden sposób one do mnie nie trafiły. Nazywanie tych "wierszy" poezją, sprawia, że coś się we mnie zgrzyta, dla mnie to nie jest poezja. To są wiersze, jakich naczytałam się swego czasu w internecie. Przemyślenia proste a miejscami banalne.



Część the hurting i the loving były dla mnie nie lada wyzwaniem, ponieważ kompletnie niczego nie odkrywały. Po tylu słowach zachwytu, które czytałam, spodziewałam się czegoś co nie pozwoli mi o tej pozycji zapomnieć, a w zamian za to, trzymałam w rękach coś, co sprawiało, że odbiegałam myślami w każdym możliwym kierunku. Co prawda, znaleźć teraz pozycję, która wnosi coś nowego jest praktycznie niewykonalnym, jednak mimo wszystko są utwory, które można czytać chociaż aby odpocząć czy na chwilę zapomnieć o rzeczywistości. milk and honey sprawiało że za wszelką cenę chciałam zamknąć ten tomik i patrzeć przez okno przez najbliższe godziny. 

Zapewne gdyby nie fakt, że w związku z wypadkiem mojego pociągu, musiałam spędzić dodatkowe 4 godziny na środku pola, bez innej literatury, w życiu bym tej pozycji nie skończyła. Nie potrafiłam poczuć emocji, jakie autorka chciała przekazać. Jedyne co we mnie wywołała ta pozycja, to znużenie, a później poczucie stracenia czasu. Dopiero ostatnia część the healing w jakiś sposób sprawiła, że potrafiłam chociaż przez kilka stron pozostać w skupieniu, jednak na pewno nie jest to coś, czego bym po tej pozycji oczekiwała. 

Być może jest to spowodowane tym, że postawiałam tym utworom bardzo wysoką poprzeczkę? Jednak nie spotkałam się z żadną krytyczną recenzją, dlatego spodziewałam się czegoś na miarę największych poetów. Nawet nie chodzi mi o prostotę języka - bo przecież prosta poezja również potrafi zachwycać, ale o to, co ze sobą niesie. Ja niestety nie jestem w stanie docenić twórczości Rupi Kaur, nie mogłabym nawet wykorzystać fragmentu jej wierszy w listach czy czymkolwiek. 

Dlatego jeśli jesteście ciekawi tej pozycji - najpierw popatrzcie na przykładowe wiersze, które możecie znaleźć chociażby w google grafika (tam są wiersze wraz z rysunkami z tomiku) i przekonajcie się sami, czy jest to coś dla Was. Ja żałuję, że tego wcześniej nie zrobiłam, bo zdecydowanie wolę pozostać przy klasyce takiej jak Poe, Baczyński czy chociażby Słowacki. 


Mieliście okazję zapoznać się z tą pozycją? Co o niej uważacie, albo jak ją odbieracie? ;) 



sobota, 5 listopada 2016

Załącznik - Rainbow Rowell


Pióro Rainbow Rowell miałam okazję poznać już ponad rok temu. Jednak w żadnej z dotychczasowych książek, nie potrafiła mnie ta autorka do siebie przekonać, bo tak jak Fangirl bardzo mi się podobało (wycinając fragmenty bezsensownego dla mnie opowiadania o Simonie) tak Eleonora i Park oraz opowiadanie z Podaruj mi miłość były czymś, co bez większej trudności udało mi się wymazać z pamięci - zdecydowanie nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu tej autorki. Czy Załącznik zmienił moje zdanie chociaż w jakimś stopniu?

Lincoln to prawie trzydziestolatek, który mieszka wraz z mamą i nie ma praktycznie własnego życia. Jego praca jest dość nietypowa, ponieważ polega na czytaniu cudzej korespondencji. Jako informatyk odpowiedzialny jest za kontrolowanie przestrzegania regulaminu dziennikarzy, pracujących w gazecie. Dlatego też jeśli filtr zatrzyma czyjeś maile, zawierające niedozwolone słownictwo bądź treści, Lincoln jest odpowiedzialny za wysłanie ostrzeżenia. W taki sposób poznaje dwie przyjaciółki, Beth i Jennifer. Z czasem zagłębia się w lekturę ich wiadomości tak mocno, że czeka na moment, w którym program zatrzyma ich rozmowy. Wie, że nie jest to w żadnym stopniu etyczne, jednak z czasem przestaje liczyć się z konsekwencjami.

Czy miłość sprzed pierwszego wejrzenia istnieje? Dla Lincolna zapewne tak, ponieważ wystarczyły tylko maile, aby zakochał się w Beth. Jednak czy można taką znajomość w jakikolwiek sposób przenieść na relację między dwoma osobami? Cześć zakochałem się w tobie, chociaż nawet nigdy cię nie widziałem, a tak w ogóle, to od miesięcy czytam twoje maile i wiem o tobie więcej niż kiedykolwiek byś mogła pomyśleć. Raczej nie ma to szansy na powodzenie. Lincoln zdaje sobie z tego sprawę, tym bardziej, że Beth ma chłopaka, a on od lat mieszka z matką i nie ma praktycznie znajomych. Co miałby do zaoferowania dziewczynie, która na pierwszy rzut oka ma wszystko?

Załącznik to historia prosta i lekka, w której obeszło się bez jakichkolwiek fajerwerków. Jednak w tym wszystkim pozostała ona urocza i przyjemna, bo to właśnie tymi dwoma słowami określiłabym całą książkę.

Autorka oddała klimat lat 90. i w ciekawy sposób uchwyciła przejście w nowe tysiąclecie, na które firma Lincolna przygotowywała się miesiącami. Nie sposób nie polubić bohaterów, trudno więc się dziwić Lincolnowi, dlaczego tak bardzo przywiązał się do czytania wiadomości dwóch przyjaciółek. Sposób w jaki Rainbow Rowell przedstawiła relacje między Beth i Jennifer sprawił, że rozdziały uciekały w zastraszającym tempie.

Jest to zdecydowanie jedna z lepszych książek tej autorki i muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyła, jednak mimo wszystko Załącznik nie należy do powieści, które zostają w pamięci na długie tygodnie. Jest to zdecydowanie przyjemna lektura, należąca do gatunku tych, służących do oderwania się od rzeczywistości, pozwalająca na chwilę relaksu w towarzystwie wyjątkowo uroczych bohaterów, jednak nie zmieniająca życia czytelnika w żadnym stopniu.

Zapewne można by o tej powieści napisać coś więcej, jednak nie sądzę, aby było to potrzebne. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję sięgnąć po tę książkę, to skorzystajcie z tej szansy - ponieważ będziecie mgli swobodnie odpocząć, jednak jeśli nigdy nie wpadnie ona w Wasze ręce - nie macie czego żałować - zbyt wiele nie stracicie. 

Mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że jeśli szukacie książki od której moglibyście zacząć przygodę z Rainbow Rowell - Załącznik będzie jednym z lepszych wyborów. 

Mieliście już okazję zapoznać się z twórczością tej autorki? Tylko mnie ona nie zachwyciła, czy może jednak Was również ominął zachwyt nad jej książkami?

★★★★


wtorek, 1 listopada 2016

Październik we wszystkich odcieniach jesieni {Podsumowanie Miesiąca}


Październik rozczarował mnie pogodą. Gdzie podziała się piękna polska jesień? Szaruga, mgły i deszcz sprzyjały jednak czytaniu i mimo że w tym miesiącu działo się wiele (o tym za chwilkę) to przeczytałam więcej niż się spodziewałam. 

Teoretycznie dzisiaj jest ostatni dzień wolnego - dla mnie pierwszy, bo dopiero wczoraj wieczorem wróciłam z Targów Książki z Krakowa. Byliście? 

Wracając do książek, w październiku przeczytałam ich ponad 6! Na początku miesiąca Me and Earl and the dying girl (recenzja) oraz Diabelski Owoc (recenzja). Później kolejne książki po angielsku czyli This Modern Love oraz największe rozczarowanie tego roku - Milk and Honey. Mały polski akcent w postaci Jądra Ciemności i na koniec Załącznik (o którym na blogu już niedługo).

Halloween spędziłam w pociągu (i to aż 6,5h) przez co przeczytałam równo połowę Behawiorysty i muszę przyznać, że się pozytywnie zaskoczyłam. Do tego w ubiegłym miesiącu przeczytałam 300 stron Zakonu Feniksa i kilkaset stron Imagines, których jeszcze nie zdążyłam dokończyć. Daje to w sumie ponad 6 książek z czego jestem dumna, biorąc pod uwagę wszystko co się w październiku wydarzyło. 



Słyszeliście o Turnieju Bookmagicznym? Sama nie wierzę, że to wszystko się wydarzyło, a ja miałam okazję reprezentować Gryffindor i jednocześnie poznać tak niesamowitych ludzi. Turniej się jeszcze nie skończył, dlatego nie będę dzisiaj dużo pisać, jednak możecie spodziewać się osobnego posta na ten temat, bo myślę, że jest o czym mówić. Finał już za dwa dni,  a jeśli jeszcze nie wiecie o co chodzi, to koniecznie zaglądajcie na kanał Anity z Book Reviews! 


Do tego jak już wspominałam, byłam na targach w Krakowie i pozdrawiam wszystkie osoby, które do mnie podeszły! Już się nie mogę doczekać majowych targów w Warszawie! 

Jak pewnie zauważyliście zmienił się adres bloga (mam nadzieję, że nazwa Wam się podoba). Mam do Was w związku z tym wielką prośbę. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to czy moglibyście zaobserwować bloga jeszcze raz? (Odobserwować i zaobserwować jeszcze raz) ponieważ w związku ze zmianą adresu nie będą Wam się wyświetlały nowe posty na głównej stronie blogspota ;) 

Ile książek udało Wam się przeczytać w październiku? Polecacie jakieś pozycje? No i co udało Wam się upolować w Krakowie? 

niedziela, 23 października 2016

Przez żołądek do śmierci? (Diabelski Owoc - Tom Hillenbrand)


Jesień, to zdecydowanie dobry czas, aby przysiąść z dobrym kryminałem. Nawet jeżeli nie przepadacie za tym gatunkiem (lub może jeszcze nie mieliście okazji się z nim zapoznać) to przyjrzyjcie się tej pozycji, bo to może okazać się czymś idealnym dla Was. 

Xavier to kucharz, który miał ogromne szanse zostać światowej sławy mistrzem kuchni. Jednak z własnego wyboru prowadzi w Luksemburgu małą restaurację, poza wyścigiem o gwiazdki i największe słowa uznania. Jednak kiedy w jego restauracji pojawia się krytyk kulinarny, który nawet nie powinien wiedzieć o istnieniu "Deux Eglises", wszystko zaczyna się komplikować, tym bardziej, że krytyk po pierwszym daniu pada martwy... 

Xavier zaczyna interesować się postacią krytyka i szukając odpowiedzi na nurtujące go pytania, dowiaduje się, że zanim mężczyzna przekroczył próg jego restauracji, odwiedził lokal prowadzony przez dawnego nauczyciela. Próbując odnaleźć swojego "przybranego" ojca Xavier trafia na tajemniczy owoc, który może wywrócić świat kulinarny do góry nogami i na zawsze odmienić smak potraw. Nie pomyślał jednak, że miesza się w sprawy, które sprowadzą na niego osoby odpowiedzialne za niejedno morderstwo. 

Jeden owoc otwiera czytelnikowi drzwi do świata największych koncernów spożywczych, jednego z najważniejszych przewodników kulinarnych i kuchni najbardziej prestiżowych restauracji na świecie. 

Jest to zdecydowanie dość oryginalny pomysł, szczególnie jeśli chodzi o polski rynek wydawniczy. Co prawda nie jest to kryminał, który trzyma w napięciu od początku do końca, jednak nie jest to tutaj niezbędne. 

Tom Hillenbrand wykreował kulinarny świat, który zaprasza czytelników do zapoznania się z nim. Dzięki użyciu obcojęzycznych zwrotów (których wyjaśnienia znajdziemy w słowniczku) ma się wrażenie, że naprawdę jesteśmy częścią rzeczywistości, w której gwiazdki Gabina mają ogromne znaczenie. 

Xavier to dość specyficzna postać, żyjąca w swoim własnym świecie, jednak nie jest jedynym bohaterem warty uwagi. Najlepszy przyjaciel kucharza, a zarazem urzędnik Unii Europejskiej, czy spadkobierczyni imperium przewodników Gabina to osoby, które chciałoby się poznać bliżej. 

Niesamowity klimat powieści to coś, co przyciąga od pierwszego rozdziału. Magiczny Luksemburg, po którym możemy spacerować wraz z bohaterem, tętniący życiem Paryż czy Genewa i malownicze Alpy...

Krajobraz na którego tle rozgrywa się akcja, jest subtelny, ale opisany tak, że działa na wyobraźnię. Czytając Diabelski Owoc miałam wielką ochotę wsiąść w samolot i chociaż na weekend udać się do Luksemburga. 

Hillenbrand stworzył kryminał ze smakiem. Morderstwo to tylko przystawka, dopiero intrygi i tajemnice zostaną podane jako główne danie. Wbrew pozorom to nie jest mętna historia o jedzeniu, ani książka kucharska. Diabelski Owoc zabiera czytelnika w wir bezwzględnej walki z konkurencją przeplatanej nutką humoru. 

To książka idealna dla smakoszy literatury z klimatem. Nie jest to pełnokrwisty kryminał, myślę jednak, że nawet najwięksi znawcy tego gatunku, będą potrafili odnaleźć w tej pozycji coś wartego uwagi. Ja osobiście nie mogę doczekać się kontynuacji, ponieważ już tęsknię za bohaterami i mam nadzieję, że dla Was również ich losy nie pozostaną obojętne. 

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Smak Słowa.

★★★★


czwartek, 20 października 2016

PILNE, WAŻNE, NIE OMIJAJ (Czy to koniec Find The Soul?)


Ahoj miśki!
Dzisiaj przychodzę do Was z krótkim postem informacyjnym i prośbą jednocześnie. Jak wspominałam jakiś czas temu blog zmienia adres więc pod find-the-soul.blogspot.com już tutaj nie traficie (chociaż przez jakiś czas będzie działał link odsyłający).

W związku z tym teraz długopisy w dłoń, ponieważ w sobotę (22.10.2016), aby trafić na bloga trzeba będzie wpisać fantastyczne-ksiazki-i-jak-je-znalezc.blogspot.com i co najważniejsze - zaobserwować bloga ponownie, bo inaczej nie będą wyskakiwały powiadomienia o nowych postach :( 

Wiem, że te zmiany nie są zbyt wygodne i zdecydowałam się na nie dość późno, jednak mam nadzieję, że mi wybaczycie i co najważniejsze, że nadal będziecie tutaj zaglądać! Tym bardziej że już niedługo będzie okazja do zdobycia kilku książek (w tym jednej z ilustracjami) [ja wcale nie chcę Was przekupić :p] 

Tak więc mam nadzieję, że nie żegnamy się na długo. Do zobaczenia (a właściwie do napisania?) w sobotę! 

poniedziałek, 17 października 2016

"Śmiertelnie zabawna" (Me & Earl & the Dying Girl - Jesse Adrews)



Można powiedzieć (jakkolwiek to brutalnie nie zabrzmi), że umieranie to dość oklepany temat w literaturze, a szczególnie tej młodzieżowej. Po sukcesie Gwiazd Naszych Wina, rynek wydawniczy szturmem zalały książki o podobnej tematyce, dlatego nie łatwo jest znaleźć pozycję, która będzie się na tym tle wyróżniać. 

Zazwyczaj nie sięgam po książki po obejrzeniu ekranizacji. Zwykle jest na odwrót - zanim zobaczę film, czytam książkę - jednak w przypadku Me & Earl & the Dying Girl (bądź jak ktoś woli Earl i ja i umierająca dziewczyna) najpierw obejrzałam dwukrotnie ekranizację, a dopiero po roku podjęłam decyzję, że chcę sprawdzić, czy książka zrobi na mnie podobne (lub  może nawet większe wrażenie).

Greg zaczyna ostatni rok nauki w liceum, którego z całego serca nienawidzi. Próbuje unikać znajomości i nie należeć do żadnej z grup, aby nie budzić nienawiści u innych. W taki sposób udaje mu się przetrwać lata w szkole, jednak nie wyobraża sobie, jak może przetrwać na uczelni, na której przynależność do wszystkich, a zarazem nienależeniem nigdzie, jest niemożliwe. 

Jego jedynym przyjacielem jest Earl, z którym od lat tworzy filmy. Wszystko zmienia się jednak, kiedy Rachel - jego koleżanka z dzieciństwie dowiaduje się, że ma białaczkę, a mama Grega za wszelką cenę chce, aby Greg się z nią zaprzyjaźnił i podniósł ją na duchu. Czy to może nie zakończyć się dla wszystkich katastrofą? 

Greg jest nie tylko głównym bohaterem i narratorem, ale także w pewien sposób autorem tej książki, a przynajmniej tak przedstawia nam swoją historię i to, jakie skutki miał "genialny" pomysł jego mamy. 

"The best ideas are always the simplest"

To co przede wszystkim wyróżnia tę książkę, to poczucie humoru. Tu nie chodzi o to, aby przedstawić cierpienie młodej dziewczyny, czy wielką miłość. Może wydawać się dziwne i nie na miejscu, że taka historia bawi, ale Greg przez całą książkę mówi do czytelników i pragnie utrzymać z nimi kontakt. Sposób narracji buduje osobliwą atmosferę urozmaiconą przemyśleniami bohatera i scenariuszami z jego filmów, przez co specyficzny humor idealnie wkomponowuje się do całości. 

Nie sposób ukryć, że Earl i ja i umierająca dziewczyna to nie jest książka, w której akcja jest najważniejsza. To nie sensacja, w której czekamy na zwroty akcji i obserwujemy jak wszystko z każdą  stroną nabiera tempa. Może niektórzy powiedzą, że przez to książka jest nudna, jednak dla mnie dzięki temu jest wyjątkowa. Co najważniejsze, w żadnym momencie nie doczekamy się wątku miłosnego. To nie ta literatura, w której w obliczu śmierci Rachel będzie starała się zmienić zarówno siebie jak i cały świat, zostawić po sobie coś na wieki i przeżyć wielką miłość. Greg to podkreśla przez większość książki i ciągle pamięta, że odwiedza Rachel tylko ze względu na własną matkę. Co prawda, próbuje nagrać wyjątkowy filmik dla Rachel, jednak tak jak większość rzeczy z nią związana, nie przynosi mu to większej satysfakcji. 

Ta książka ukazuje młodego człowieka, który tak naprawdę nie potrafi odnaleźć samego siebie, w otaczającym go świecie. Na brytyjskim wydaniu nie bez powodu napisane jest "śmiertelnie zabawna". Ta książka bawi, ale także uczy i nie daje złudnej nadziei, pozostając przy tym lekką i poruszającą historią. 

Nie żałuję, że widziałam wcześniej film, jednak szczerze przyznaję, że sposób jego zakończenia podoba mi się bardziej niż książki. Twórcy filmu wpadli moim zdaniem na genialny pomysł wykorzystania zainteresowań bohatera, aby stworzyć scenę najbardziej wzruszającą - która dopełnia całość i oddaje osobliwy klimat znany z powieści. 

Nie potrafię przejść obok tej historii obojętnie i mimo że w Polsce trudno jest zdobyć tę książkę, to naprawdę warto po nią sięgnąć. Nie jest to kolejna zwykła młodzieżówka, która będzie z czasem zlewała się z innymi, ona nawet po roku, nadal pozostaje wyjątkowa.

★★★★

piątek, 7 października 2016

Niespodzianki z morza (Szumowiny - Jørn Lier Horst)


Zazwyczaj kolejny tom serii, otwiera przed nami kolejny rozdział życia bohaterów. Zabiera nas w dalszą podróż i nowe przygody. Tym razem jednak każdy kolejny tom cofa nas do przeszłości. Mowa tutaj oczywiście o serii z komisarzem Wistingiem. W Polsce bowiem (i kilku innych miejscach za granicą) książki Horsta są wydawane od końca! Wielu może to dziwić, w końcu czy czytanie od końca ma sens? W przypadku tych kryminałów ma, ponieważ każdy tom, to zamknięta zagadka kryminalna. Zabieg ten wpływa tylko na odbiór wątków z życia osobistego bohaterów. Ale można to uznać za pewnego rodzaju wspominanie dawnych czasów. 

Szumowiny to 6 tom, a w Polsce wydany jako piąty. Jesteśmy więc gdzieś w połowie. Czy można w takim razie powiedzieć o tej serii coś nowego? 

W Norwegii lato pokazuje swoją piękną stronę, kiedy morze wyrzuca na brzeg lewą stopę. Sprawa jest dziwna, jednak nie budzi wielkich podejrzeń, w końcu stopa może pochodzić od osoby, która utonęła, czy zginęła w wypadku na morzu. Kiedy jednak w krótkim odstępie czasu, z morza wypływają kolejne stopy, nie można ukryć, że nie jest to przypadek, a najprawdopodobniej morderstwo. 

Śledczy na czele z Wistingiem sprawdzają, czy ta sprawa ma jakiś związek z kilkoma zniknięciami z domu opieki w Stavern. Nie spodziewają się jednak, że w tej sprawie chodzi o coś całkiem innego. 

W tym samym czasie Line - córka komisarza zbiera materiały do artykułu dotyczącego więźniów, ich zmian podczas lat spędzonych w więzieniach i słuszności takiej kary. Czy ludzie, którzy opuszczają mury wiezienia po kilkunastu bądź kilkudziesięciu latach, nie popełnią zbrodni po raz kolejny? Line spotyka się z kilkoma mordercami, którzy wyszli na zewnątrz, ale tak naprawdę nigdy nie odzyskali wolności. Nie myślała jednak, jak bardzo te spotkania zmienią ją samą. 

Szumowiny to kolejny dobry i wyrównany kryminał. Teraz jednak nie mogę na niego spojrzeć i nie zachwycić się krajobrazem, na którego tle rozgrywa się akcja. Będąc w Norwegii w te wakacje, oczyma wyobraźni widziałam tak lubianych przeze mnie bohaterów, a czytając tę książkę mogłam wrócić do tych miejsc, chociaż teraz w raczej nieciekawych okolicznościach. 

W tej książce akcja rozkręca się powoli jak przystało na jej skandynawską naturę. Nie sprawia to jednak, że książkę czyta się wolno - wręcz przeciwnie. W końcu chce się jak najszybciej poznać o co tak naprawdę we wszystkim chodzi. 

Tym razem William Wisting musi zajrzeć daleko w przeszłość, aby odszukać się jakiegokolwiek sensu. Musi wrócić do spraw dawno zamkniętych i zmierzyć się z nie lada wyzwaniem. 

Ta pozycja jest idealna na leniwe jesienne wieczory. Co prawda akcja toczy się latem, jednak sama historia zachęca, aby zakopać się w stercie koców z kubkiem gorącej herbaty i dać się wciągnąć w kolejną świetnie dopracowaną intrygę w stylu Jørna Liera Horsta. 

Dla fanów to pozycja obowiązkowa, a dla poszukujących klimatycznych skandynawskich kryminałów, to świetna okazja aby zapoznać się z piórem tego pisarza. 

PS dzisiaj tak krótko bo na blogu znajdziecie recenzję poprzednich dwóch tomów (czyli właściwie tomu 7 i 10). Udanego weekendu! 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Smak Słowa


wtorek, 4 października 2016

Był i wrzesień pełen wrażeń


Wrzesień minął i to może nawet i lepiej, ponieważ nie wiem jak Wy, ale ja odliczam dni, kiedy szkoła już się skończy. Zdecydowanie matura pożera za dużo mojego czasu i energii, podczas gdy chciałabym więcej poświęcać jej na bloga i co za tym idzie - na książki. Nie da się jednak ukryć, że wrzesień był miesiącem pełnym wrażeń, ciekawych wydarzeń i zmian? 

Udało mi się przeczytać nawet dość sporo, biorąc pod uwagę, że w sierpniu mimo wolnego. mój wynik był tak zły, że nie mogliście się o nim nawet przekonać. W ubiegłych dniach udało mi się jednak przeczytać nową część Harry'ego Pottera (recenzja)Uratuj mnie - Anny Bellon (recenzja) oraz powrócić do jesiennego klimatu kryminałów za sprawą Gry Pozorów (recenzja) oraz Szumowin (recenzja w weekend). Do tego przeczytałam I Tom Chłopów Reymonta, o którym kompletnie zapomniałam robiąc zdjęcie. 

We wrześniu próbowałam także zabrać się za Historię Pszczół jednak poddałam się po 50 stronach (mimo że historia bardzo mi się podoba), Samotnego Wilka Johna Grishama (z nudów odłożyłam na 100 stronie), The Raven King (które mimo że wciągające, jest również męczące więc odłożyłam po 50 stronach i chyba poczekam za polskim wydaniem) i The Foxhole Court [All for the game] (które czytam na telefonie jak nie mam ze sobą innej książki przez co jestem dopiero na 60 stronie). 

Jak widać, ubiegły miesiąc nie był taki ubogi czytelniczo, jednak działo się w nim o wiele więcej:




  • skończyłam 18 lat (i nic się nie zmieniło)
  • blog obchodził 2 urodziny! (chociaż przeszło to bez echa przez punkt poprzedni)
  • blog doczekał się nowego szablonu i nazwy [po targach książki w Krakowie zmieni się również adres url jednak spokojnie - dam Wam o tym znać trochę wcześniej]
  • miałam przyjemność być na festiwalu kryminałów Granda w Poznaniu i było FENOMENALNIE 
  • ostatni weekend spędziłam w Krakowie na koncercie The Vamps było tak (klik)
  • wybrałam przedmioty maturalne, które chyba jednak kompletnie mi się nie przydadzą, bo nie wiem co ze sobą zrobić, czy ktoś z maturzystów też tak ma? ;) 

Co z październikiem?

  • będę na Krakowskich Targach Książki! Zarówno w sobotę jak i w niedzielę (z kim się widzę?)
  • będę dalej męczyć przedmioty maturalne
  • październikowe recenzje: Szumowiny - J.L. Horsta, DiabelskiOwoc - T. Hillenbranda, Imagines (Zbioru opowiadań/fanfictions - o co chodzi z tą książką dowiecie się jeszcze w tym tygodniu) oraz książki i filmu Me and Earl and the Dying Girl. Co dalej - zobaczymy na bieżąco, jednak planuję również coś specjalnego odnośnie krainy kryminałów - Norwegii, ponieważ dużo osób na IG prosiło mnie bym podzieliła się swoimi wrażeniami z wizyty w tym kraju, co Wy na to? 
  • jak już wspominałam blog zmieni adres URL i pojawi się na nim zakładka z bazarkiem, czas wyprzedać trochę książek, ponieważ mam dużo nowych pozycji, których jednak raczej nigdy nie przeczytam 
Mam ogromną nadzieję, że zostaniecie ze mną również i w tym miesiącu. Koniecznie dajcie znać ile i przede wszystkim co udało Wam się przeczytać we wrześniu! 


czwartek, 29 września 2016

Gra Pozorów - Joanna Opiat-Bojarska


Zagadki, intrygi, morderstwa - to główne cechy kryminałów, które nie bez powodów są jednym z najchętniej czytanych gatunków. Jednak stworzyć dobry kryminał, trzymający w napięciu od początku aż do ostatniej strony, nie jest już takim łatwym zadaniem. Polska jednak może poszczycić się szerokim gronem, wspaniałych pisarzy, dzięki którym miałam ostatnio okazję zapoznać się, z powieścią, jakiej jeszcze nigdy nie spotkałam. 

Od śmierci, a właściwie egzekucji męża Aleksandry minął rok. Zarówno ona jak i jej dzieci chociaż w jakimś stopniu wrócili do normalnego życia, jednak pewnego dnia, pani psycholog znika bez śladu i wszyscy obawiają się powtórki sprzed roku, kiedy to Gabriel Wilk zostaje zamordowany przed kamerą. 

Zniknięcie Aleksandry wydaje się dziwne, jednak jeszcze większą zagadką stają się problemy z pamięcią z dni, od których zaczyna się wyścig, być może o więcej niż tylko jedno życie. Bohaterka wbrew własnej woli zostaje wciągnięta w grę, w której stawką są nie tylko wielkie pieniądze ale także życie jej rodziny. Uciekający czas, zbliża ją do bolesnej prawdy, z którą niekoniecznie chciałaby się zmierzyć...

Gra pozorów, to książka na pozór krótka. Wydawać by się mogło, że na 300 stronach autorka nie jest w stanie stworzyć bardzo skomplikowanej intrygi, jednak wystarczyło zaledwie kilka stron, aby przekonać się, że historia zaginięcia Gabriela Wilka a następnie jego żony, nie zakończy się na jednym wątku i będzie czymś, co na długi czas wbije człowieka w fotel. 

Tytuł nie jest przypadkiem - ta książka to jedna wielka gra pozorów, która wciąga czytelnika w świat stworzony z niesamowitą precyzją. Z każdą stroną czas ucieka w szaleńczym pościgu za niewiadomą. W tej powieści nie można być niczego pewnym. Nie można zaufać nikomu a już na pewno nie własnej pamięci. 

Obawiałam się, że ze względu na zawód jaki wykonuje główna bohaterka, powieść pójdzie w przytłaczającym kierunku psychologii, jednak tak się nie stało. Temperament głównej bohaterki jest podobny do samej książki. Wybuchowość, determinacja i świadomość własnych zalet, to cechy nie tylko Aleksandry ale także i książki. 

Ta historia budzi pełno pytań, jest pełna zwrotów akcji i szokujących momentów, których dopełniają problemy z jakimi borykają się niejedne rodziny. Poznań staje się miastem, w które autorka tchnęła nowe życie. Oczami wyobraźni chodziłam znanymi mi wcześniej drogami i poznawałam je na nowo, próbując przechytrzyć autorkę i rozwikłać zagadkę - bez powodzenia. Ta książka nie daje się zwieźć. Czytelnik musi przez cały czas pozostać czujny i w ciągu zaledwie jednego tygodnia, w którym dzieje się akcja, zmierzyć się z ludzką tragedią, mającą drugie - mroczne oblicze. 

Mogłabym na siłę starać się czegoś uczepić, szukać wad lub drobnych potknięć, jednak nawet jeśli gdzieś one się ukryły, zostały przytłoczone genialnością fabuły. Nie sposób zwracać uwagę na nic poza akcją i bohaterami. Jeśli szukacie czegoś pełnego wrażeń - sięgajcie po twórczość Joanny Opiat-Bojarskiej!


★★★★


niedziela, 25 września 2016

Uratuj mnie - Anna Bellon {PRZEDPREMIEROWO}


Od czasu kiedy po raz ostatni miałam okazję czytać fanfiction z krwi i kości minęły już ponad dwa lata. Nie sądziłam, że będę miała jeszcze kiedyś okazję wrócić do takich klimatów, a tym bardziej, że kiedyś w moje ręce wpadnie książka, której historia była wcześniej publikowana na polskim wattpadzie. 

Jako że miałam kiedyś styczność z taką literaturą, podeszłam do tej książki trochę jak do jeża. Zdawałam sobie sprawę, że mogę się rozczarować, jednak czy jest tak źle jak niektórzy tę książkę malują, lub tak dobrze jak inni ją wychwalają? 

Uratuj mnie to pierwszy tom z serii The Last Regret. Maia to kolejna bohaterka, która chciałaby zostać szarą myszką, która przyzwyczaiła się do osamotnienia, a wręcz go potrzebuje. Odcięła się od świata w dniu, w którym zginął jej brat i mimo, że od tego wydarzenia minęły już trzy lata, dziewczyna nie potrafi sobie poradzić z utratą najlepszego przyjaciela. 

Brzmi jak co druga młodzieżówka, tym bardziej jeśli dodamy do tego fakt, że Kyler poznaje główną bohaterkę, słuchając jak śpiewa, ukryta w sali muzycznej - czy to nie brzmi znajomo? Jednak nic nie poradzę na to, że tę książkę czyta się niesamowicie szybko i to nawet z przyjemnością, a miejscami zaciekawieniem. 

Jest to przede wszystkim opowieść o przyjaźni i miłości dwojga młodych ludzi, z których zarówno Maia jak i Kyler muszą się zmierzyć i pogodzić z tym, że życie nie jest takie proste, jak mogłoby się niektórym wydawać. 

Bardzo młoda autorka ma niezaprzeczalnie odwagę, ponieważ Uratuj mnie jest z jednej strony bardzo słodką, uroczą i lekką historią, a z drugiej dość schematyczną. Mimo ciekawego odniesienia do świata muzyki, który jest oceniany przeze mnie na plus, to niestety mając styczność z historiami pisanymi w internecie, prawie trzy lata temu przepadłam całkowicie w opowiadaniu znanym pod nazwą When the night gets dark (When we both fall asleep underneath the same sky...) - również polskiej autorki. Pamiętając i uwielbiając tę historię, Uratuj mnie w wielu miejscach wydawało mi się praktycznie identyczne, a język powieści prosty i typowy dla wattpada. Żałuję, że wątek zespołu został potraktowany powierzchownie, a problemy głównej bohaterki i miejscami na siłę kształtowane w niej poczucia bezinteresowności przez innych bohaterów, zaćmiły to, co mogłoby okazać się naprawdę świeżym wątkiem w tego typu historiach. 

Przyznaję się, że miejscami patrzyłam na historię Mai i Kylera przez pryzmat znanej mi historii Luke'a i Alex, i nieświadomie obie rzeczy porównywałam. Zapewne gdybym nie miała wcześniej styczności z twórczością na wattpadzie, Uratuj mnie nie miałoby aż tak wielkiego problemu, przekupić mnie swoim urokiem. 

Książkę czyta się z przyjemnością i nie skłamię mówiąc, że chciałabym przeczytać kolejny tom, jednak chciałabym aby okazało się, że nie będzie on tak słodki jak pierwsza część. Po opisie myślałam, że książka będzie bardziej "dramatyczna" jednak w niektórych momentach wszystko układało się zbyt pomyślnie, a mury głównej bohaterki opadły praktycznie w momencie poznania Kylera, co było dosyć irytujące. 

Nie potrafię jednak przejść koło tej historii całkiem obojętnie, ponieważ jest to debiut, a Anna Bellon ma szansę rozwinąć skrzydła. Należą się jej gratulacje, za odwagę i za to, że napisała książkę, przy której można się śmiać i wzruszyć. Te kilka godzin, które spędziłam przy Uratuj mnie, spędziłam z uśmiechem i ciepłem, które bije ze stron powieści. Mimo wad i mojej czepliwości wynikającej z ponad roczną stycznością z twórczością wattpada, mogę z czystym sumieniem przyznać, że rozumiem popularność tej historii na tym portalu i mogę przyznać, że zasługuje na tytuł sensacji polskiego wattpada jednak jako książka, musi się zmierzyć z wielką konkurencją, która na razie pozostaje niezagrożona. 

Może kolejne tomy będą ciekawsze - zobaczymy. Na razie daję autorce kredyt zaufania, a wszystkim czytelnikom polecam, aby jednak nie stawiali bardzo wysokiej poprzeczki. Może wtedy lepiej odbierzecie historię Mai i Kylera. 

★★★★★★☆☆☆ 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

Ciekawi mnie, czy macie styczność z pozycjami publikowanymi na Wattpadzie? A może ktoś z Was czytał WTNGD (klik) (chociaż ono było bardziej publikowane na blogu) lub Uratuj mnie? Co myślicie o tej pozycji i przede wszystkim, czy zamierzacie po nią sięgnąć?

PS jak może zauważyliście, na blogu pojawił się nowy szablon. Co o nim myślicie? Może zostać? ;)

niedziela, 18 września 2016

Harry Potter i Przeklęte Dziecko (czy to naprawdę powrót do dzieciństwa?)



Harry Potter to dla większości przede wszystkim dzieciństwo. Dla mnie to dni a nawet tygodnie wyczekiwania na filmy w telewizji. Odliczanie do premiery Czary Ognia na wielkim ekranie, bo do samodzielnego czytania książki byłam za mała, mimo, że mama jako pierwsza po premierze ustawiała się w kolejce w bibliotece po nowe tomy (i to aż od premiery HP i Komnaty Tajemnic). Już od małego dziecka w moim domu magia Hogwartu i historia chłopca który przeżył była obecna, dlatego nikogo nie dziwi, że to właśnie złota trójka przyjaciół i ich historia na zawsze pozostanie najważniejszą serią w moim życiu. 

Harry Potter to wracanie do domu w podstawówce i oglądanie wszystkich (wtedy 5 filmów) w kółko i w kółko. Dlaczego przyjaciele nie lubią oglądać ze mną Harry'ego? Bo znam wszystkie dialogi na pamięć i wyprzedzam aktorów. Ale Harry Potter to także godziny, a nawet dni spędzone z nosem w książce i litry łez, wylane nie tylko przy wzruszających momentach, ale zwłaszcza przy ostatniej stronie siódmego tomu, która kończyła wszystko, a przynajmniej która tyle lat temu, miała być ostatnim zdaniem wypowiedzianym w tej historii. 

Wydawać więc by się mogło, że kiedy świat obiegła wiadomość o "kolejnej części przygód młodego czarodzieja" nie robiłam nic innego poza odliczaniem dni do tego wydarzenia. Jednak już od pierwszej chwili byłam rozczarowana i nastawiona raczej na porażkę tej części, dlatego im bliżej było do premiery Harry Potter and Cursed Child tym mocniej utwierdzałam się, że podjęłam jedyną i słuszną decyzję: nie przeczytam tej "części" bo dla mnie Harry zakończył się 9 lat temu. Jednak kiedy coraz więcej osób czytało, zachwalało, bądź w większości krytykowało pomysł i wykonanie tej książki, stwierdziłam, że skoro i tak nie oczekuję po niej niczego dobrego, to jednak sprawdzę o co w tym wszystkim chodzi. 

W taki sposób na 18-naste urodziny dostałam prezent, który wywrócił moje serce na lewą stronę i w dzień, który miał być tymi drzwiami do "dorosłego życia" pozwolił mi się cofnąć lata wstecz, do najpiękniejszych momentów mojego dzieciństwa. Jednak czy naprawdę był to powrót jakiego bym chciała? 


*W tej części występują spoilery poprzednich tomów.*

Harry Potter and Cursed Child zaczyna się w tym samym momencie, kiedy zakończyły się Insygnia Śmierci, czyli dziewiętnaście lat później. Jeśli istnieje coś, co w całej serii mi się nie podobało, było to właśnie zakończenie. W mojej głowie wszystko potoczyło się inaczej. Historia wydawała mi się naciągana. Ron i Hermiona nie powinni być razem, a Harry mógłby oddać swoje życie ratując świat i nie byłoby to coś, co złamałoby moje serce. Nie lubię happy endów, a Rowling uśmiercając moich ukochanych bohaterów, nie pozwoliła mi przełknąć sielankowego zakończenia, w którym wszyscy żyli razem, długo i szczęśliwie. 

Wszytko to sprawiło, że Harry Potter i przeklęte dziecko w moim odczuciu nigdy nie powinno być uznawane jako ósmy tom. To wszystko jest zbyt naciągane przez co mam wrażenie, jakby było pisane na siłę, jednak jeśli spojrzę na tą książkę pod innym kątem... widzę coś niesamowitego...

Albus Severus Potter i Scorpius Malfoy to duet pełen sprzeczności, jednak znając historię Rona, Harry'ego i Hermiony nie trudno sobie wyobrazić, że potrafią nawzajem się dopełniać. Oboje są pełni niechęci i w pewien sposób odrzuceni przez innych, i chcieliby choć przez chwilę, nie być oceniani przez pryzmat rodziców, dlatego kiedy zdarza się okazja, próbują zmienić przeszłość, narażając tym samym świat na niebezpieczeństwo, z którym czarodzieje walczyli przez lata, przez które tak wiele osób oddało swoje życie...

Przeklęte Dziecko to przede wszystkim sztuka teatralna, sztuka za którą oddałabym wiele, aby móc tylko zobaczyć ją na żywo, ponieważ klimat jaki udało się stworzyć na jej kartach, chociaż na kilka chwil pozwolił mi wrócić do świata czarodziejów. Do świata magii, szkoły o której wielu z nas marzyło i bohaterów za którymi tęskniłam najbardziej. 

Nie potrafię odebrać tej części jako kontynuacji Harry'ego i czegoś co na 100% się wydarzyło. Jednak jako jedna z możliwości to już coś innego. Jest to sztuka, do której z radością będę wracać, ponieważ momenty z przeszłości, jakiej nie mogliśmy poznać w samej serii, to coś co budzi niesamowite emocje. Powrót do bohaterów, o których myślałam, że zginęli na zawsze, nie pozwala mi skreślić tej książki, mimo wielu niedociągnięć i osobistej niechęci do pomysłu w jaki toczą się losy głównej trójki przyjaciół. 

Oczywiście ze względu na to, że jest to scenariusz, trudno jest go porównać do poprzednich książek, jednak może to i lepiej, bo to nie jest coś, co powinno się porównywać. Do tej historii trzeba podejść z dystansem i wykorzystać swoją wyobraźnię aby uzyskać obraz na miarę powieści Rowling. 

Z jednej strony jest to dla mnie książka rozczarowanie. Historia pisana na siłę i coś co nigdy nie powinno być uznawane za oficjalnie należące do kanonu Harry'ego Pottera. Z drugiej jednak strony jest to sztuka, przy której potrafiłam uśmiechnąć się do wspomnień, a nawet wzruszyć, kiedy pod innym kątem spoglądałam na wydarzenia, które tak dobrze znam z poprzednich tomów. 

Oczywiście nie mogłoby także zabraknąć wartości, które Rowling wplotła w życie Harry'ego. To nadal jest historia, która uczy i zwraca uwagę na to, co w życiu powinno się liczyć i myślę, że jeśli tylko będzie się chciało, będzie można chociaż w jakimś stopniu odnaleźć magię z przygód młodego czarodzieja. 

★★★★☆☆☆☆☆
 jako kontynuacja Harry'ego 
★★★★★★★★☆☆
jako sztuka i spojrzenie z dystansem na fabułę

A Wy jak odbieracie tę "część"? Czytaliście, czy czekacie na polską wersję, a może w ogóle nie zamierzacie po nią sięgać? 

PS jak może zauważyliście nazwa bloga uległa zmianie, jednak adres przynajmniej na jakiś czas pozostaje ten sam. Mam nadzieję, że ta zmiana i następne które się pojawią pod względem wizualnym bloga, przypadną Wam do gustu ;)

sobota, 3 września 2016

Przeszłość to fundament na którym stoimy (Immunitet - Remigiusz Mróz)


O tym jak bardzo nie potrafiłam się doczekać tego tomu raczej mówić nie muszę, jeśli czytaliście recenzję Rewizji, która ukazała się jakoś pod koniec marca. Teraz w pełni szczęścia przybywam z recenzją Immunitetu, jednak dzisiaj zapewne w krótszym wydaniu niż zazwyczaj (albo i nie).

Trudno jest napisać coś o czwartym już tomie i się nie powtarzać. Każda książka z tej serii utrzymana jest na podobnym, niesamowicie wysokim poziomie, a jedyne co się zmienia, to mój odbiór całości, w końcu od premiery pierwszego tomu minęło już półtorej roku. 

Do znudzenia będę powtarzać, że najlepszym w tej serii jest nawet nie tyle humor, który potrafi rozładować napięcie budowane wraz z upływem stron, a bohaterowie i relacje jakie ich łączą. Chyłka jest dość denerwującą postacią, ale dla innych bohaterów, a nie czytelnika. Jej zachowanie dość często pozbawione jakiegokolwiek hamulca czy logiki, na dobrą sprawę kształtuje jej postać i czyni ją bohaterką pewną siebie i śmiało stąpającą po gruncie, niezależnie od tego, czy jest nim kruchy lód czy twarda skała. 

Tym razem na dobre wracamy do kancelarii Żelazny & McVay i mimo że patronem Kordiana pozostaje mecenas Buchelt, powracamy do prawniczego duetu Chyłka & Zordon (spokojnie, tym razem już po tej samej stronie barykady) jednak żadne z nich nie zapomina o sprawie z poprzedniego tomu i tego, do czego się posunęli. 

Immunitet zaczyna się właściwie w tym samym momencie co zakończyła się Rewizja, jednak już od początku pojawia się postać Sebastiana Sendala - najmłodszego sędziego Trybunału Konstytucyjnego, a przy okazji znajomego ze studiów Chyłki i jego oskarżenia o morderstwo. Zanim jednak sprawa trafi do sądu, pojawia się pytanie, czy pozostali członkowie TK uchylą immunitet Sendala, który na dobrą sprawę nie wie, czego dokładnie dotyczy oskarżenie. 

Złapałam się nie tym, że czytając tę książkę, szukałam coraz to kolejnego dna sprawy, niekiedy nawet w momentach kiedy go nie było. Przyzwyczaiłam się już do licznych zwrotów akcji, a tutaj nawet najprostsze rozwiązania, tak na dobrą sprawę potrafią zaskoczyć. O tej części powiedziałabym spodziewajcie się niespodziewanego. Jednak jeśli chodzi o historie głównych bohaterów, to będąc spostrzegawczym, będzie się w stanie, bez większego problemu, domyślić zakończenia - takie jedno zdanie wypowiedziane przez Chyłkę daleko przed końcem, sprawiło, że rozważałam taką a nie inną ewentualność (jakkolwiek to zdanie dziwnie nie brzmi, to jeden fragment, pojawiający się podczas rozmowy sprawił, że domyśliłam się zakończenia, albo po prostu ja sama jestem dziwna, co jest bardzo prawdopodobne bo moja mama do podobnych wniosków nie doszła). Jest to chyba pierwsze zakończenie, które bardziej mnie rozbawiło niż zdenerwowało, bo mimo że jestem ciekawa jak potoczą się losy bohaterów, to nie jest to zakończone z takim przytupem jak w Rewizji. (Chociaż czasami takie wytchnienie jest naprawdę potrzebne, może nawet nie czytelnikom a samym bohaterom)


W czwartym tomie, cierpliwość ciekawskich przeszłości Chyłki, zostaje nagrodzona i rozbudzona,  bo jednak nie wszystkie karty zostały od razu odkryte. Miejmy więc nadzieję, że kolejny tom pojawi się w niezbyt dalekiej przyszłości.

Wracając do odbioru całości, muszę przyznać, że nie mam problemów ze zrozumieniem osób, którym ta seria nie przypadła specjalnie do gustu. Dosyć odważny język (myślę, że użycie słowa wulgarny ma zbyt negatywny wydźwięk) może odrzucać młodszych czytelników, którzy raczej powinni trochę poczekać zanim sięgną po tę serię. Nie uważam jednak, aby te książki były w jakiś sposób przesadzone. W porównaniu do trylogii z Forstem tutaj każdy tom od początku do końca utrzymany jest na równym poziomie (ale spokojnie, bo Forsta także bardzo lubię), jednak nie brak w nich nawiązań do aktualnych tematów dotyczących nie tylko polityki, co sprawia, że ma się wrażenie jakby bohaterowie naprawdę żyli.

Aczkolwiek myślę, że po tę pozycję sięgną przede wszystkim fani Chyłki i Zordona, w końcu raczej nikt na siłę nie będzie brnął w czwarty tom, jeśli poprzednie nie przepadły mu do gustu, więc z czystym sercem mogę polecić tę książkę, bo mimo że jest najobszerniejszą częścią, czyta się ją błyskawicznie. Genialnie sprawdza się także jako sposób na odreagowanie stresu, ponieważ po raz kolejny cięty język bohaterów i ich specyficzny humor budują nastrój nie do podrobienia. Takie klimaty tylko i wyłącznie w serii z Joanną Chyłką. 

★★★★★★★★★☆

PS Wybiera się ktoś na Poznański Festiwal Kryminału GRANDA? (23-25 września) Polecam i to gorąco, bo w gronie pisarzy - sami najlepsi! Osobiście też będę ale jeszcze nie wiem, w który dzień dokładnie, chociaż obstawiam sobotę, mam nadzieję, że z kimś się z Was spotkam!