wtorek, 15 października 2019

Maszyny takie jak ja // Ian McEwan



Na początku było tak, przeczytałam opis, popatrzyłam na okładkę i stwierdziłam, że ta historia zapowiada się przynajmniej nietypowo i brzmi pokrótce zachęcająco. Z takim oto nastawieniem przeczytałam pierwszych kilkadziesiąt stron, po czym wpadłam na genialnie głupi pomysł, by zajrzeć na Goodreads i poczytać coś nie tylko na temat samego autora, ale także na temat tej konkretnej książki. Jak bardzo muszę zaznaczać, że był to więcej niż błąd? 

Jak się okazało, „Maszyny takie jak ja” zbiera skrajnie różne recenzje. Nie przesadzam, używając określenia „skrajnie”, ponieważ mam wrażenie, że ten tytuł otrzymuje albo jedną, albo cztery gwiazdki (w skali pięciu oczywiście). Jakim cudem, to może być ta sama książka, ale czytana przez różne osoby? Zerknięcie na to wszystko i pogrążenie się w lekturze coraz to nowszych recenzji sprawiło, że mój początkowy zapał do tej książki opadł i to raczej niesłusznie, zważywszy na to, że nie tylko pierwsze rozdziały,czytało mi się z przyjemnością. Już teraz więc zaznaczę, że nie warto przejmować się tymi negatywnymi opiniami, bo może się jednak okazać, jak w moim przypadku, że ta powieść, to krótko mówiąc - strzał w dziesiątkę. 

Jak można zauważyć, nie jestem czytelnikiem przepadającym za tematami science fiction. Mogę wręcz powiedzieć, że po czasach liceum, a pewnie i nawet podstawówki, kiedy to zmuszona byłam zmęczyć „Bajki robotów”, omijam je szerokim łukiem. Jednak to, w jaki sposób Ian McEwan wplótł do tej historii niektóre motywy, sprawiło, że może nie wrodzona a raczej nabyta niechęć do tego typu wątków, nie dała o sobie znaku.

Akcja w alternatywnej przeszłości, a jakby z o marzącej przez wielu przyszłości. Lata 80. I skomplikowana sztuczna inteligencja, roboty, które w przerażającym stopniu przypominają ludzi - obdarzonych emocjami, skomplikowanymi algorytmami, które momentami działają lepiej niż ludzki - wciąż niezbadany mózg. Czytając tę książkę, raczej nieświadomie wracałam do niedawno czytanej przeze mnie powieści Delaney'a - Perfekcyjna żona. Z jednej strony te powieści są kompletnie różne, z drugiej jednak bardzo podobne i mimo różnicy w ich gatunkach, nie będę ukrywać, że całość o wiele lepiej wyszła w Maszynach takich jak ja.

Na tym skończę. Nie wiem dlaczego, ale przy tym tytule szkoda mi skupiać się na języku, sposobie budowania akcji, narracji czy kreacji bohaterów. To wszystko broni się samo i sprawia, że powieść czyta się z niezmierną przyjemnością i zaciekawieniem, jakiego dawno nie poczułam przy lekturze. Chyba będę musiała zajrzeć do innych tytułów McEwana, bo ten jak najbardziej polecam. Ten świat i niesamowite maszyny warte są uwagi.

czwartek, 12 września 2019

Perfekcyjna żona // JP Delaney



Perfekcyjna żona czyli nowy JP Delaney. Jak się okazuje nowy w podwójnym znaczeniu. Czy ja w ogóle chcę coś powiedzieć? Nie jestem pewna. Przecież to JP Delaney. Przecież to kolejna książka autora, który najpierw zachwycił mnie "Lokatorką" a następnie intrygującym tytułem "W żywe oczy", który krótko mówiąc, byłam pewna, będzie gorszy od poprzedniczki, a okazał się jednak z biegiem czasu jeszcze lepszą powieścią.

To czy chcę i czy muszę coś powiedzieć? A muszę.

Rozczarowałam się?

Chyba tylko tyle. Albo aż tyle.

Ale właściwie nie, bo to jednak Delaney, a ta książka nie jest zła. Jest inna. Jest intrygująca, ale to jednak nie to... Dlaczego? 

Im dłużej myślę o Perfekcyjnej Żonie, tym mam większą gonitwę myśli. Powiedzieć, że ta książka w moim odczuciu jest po prostu słabsza od poprzednich, to jakby nie powiedzieć nic. Z drugiej jednak strony, nie będę się silić na szukanie słów i ubieranie w długie i rozbudowane zdania jednej najgłośniejszej myśli, która wręcz krzyczy w mojej głowie od kilku tygodni, które upłynęły od momentu, kiedy przeczytałam tę książkę: tamte były po prostu lepsze... ciekawsze, budzące o wiele większe emocje i budujące o wiele większe napięcie. Pamiętam, że gdy czytałam "Lokatorkę" bałam się siedzieć tyłem do drzwi. Gdy czytałam "W żywe oczy" co chwilę podczytywałam Baudelaire'a, a gdy czytałam "Perfekcyjną żonę"? Byłam po prostu obojętna. (No i wyszła więcej niż jedna myśl).

Po opisie, po okładce, spodziewałam się kolejnego świetnego thrillera, ale z tym gatunkiem ta powieść nie ma w moim odczuciu nic wspólnego. Może i niektóre wydarzenia dają nadzieje na rozwój wypadków w tym kierunku, ale jednak jest to opowieść przede wszystkim o pewnej tajemniczej śmierci, o nowinkach technologicznych i chorobie dziecka, z czego to właśnie pomysł na wplecenie sztucznej inteligencji, w takim a nie innym wydaniu sprawił, że chociaż w pewnym stopniu, ta lektura wydawała się interesująca. Niestety tylko do pewnego momentu. 

Zdaję sobie sprawę, że to wszystko co próbuje przekazać, to trochę jakby zamiecione na szufelkę śmieci z mojej głowy, które nie do końcu stanowią jakąś całość, jednak niech to świadczy o tym, że ta powieść chociażby przez to, nie należy do najłatwiejszych. Na pewno ciekawe dla niektórych będzie po prostu sięgnięcie po tego autora w trochę innym wydaniu, jednak może lepiej z nastawieniem na coś mniej emocjonującego niż zazwyczaj. Żałuję, że sama nie byłam przygotowana na coś tak odmiennego. Oczywiście w ciemno będę sięgać po kolejne książki tego autora i mam nadzieję, że każda następna, utwierdzi mnie w tym, że zachwyty nad jego twórczością naprawdę są zasłużone.






niedziela, 18 sierpnia 2019

Człowiek istota kosmiczna // Ewelina Zambrzycka & Grzegorz Brona



Nie wiem, czy po ubiegłym miesiącu, kiedy to publikacji trącających o wszelkiego rodzaju lektury związane z kosmosem, lądowaniem na księżycu czy o inne tematy związane z eksploracją wszechświata było krótko mówiąc "od zatrzęsienia", dodawanie czegokolwiek od siebie ma jeszcze jakiś sens. Jednak jako że Człowiek istota kosmiczna, to jedyna książka, jaką zdecydowałam się przeczytać "z okazji" 50. rocznicy lądowania człowieka na księżycu, nie przemilczę kilku kwestii. 

Nie jestem typem czytelnika, który uważa wywiad jako formę dostarczającą lekkość czy też swego rodzaju przyjemność podczas samego czytania. Zdaję sobie sprawę, że aby napisać dobry wywiad, trzeba się bardzo mocno przygotować, jednak odczuwam pewne wrażenie, że zazwyczaj (przynajmniej jeżeli chodzi o publikacje bardziej popularne) ograniczają się one jedynie o "trącanie" poszczególnych tematów, bez większego pozwolenia drugiej osobie na pogłębienie wypowiedzi. 

Czy można przeprowadzić interesującą (dla postronnych osób) rozmowę, na temat kosmosu? Dokonaniach ludzi związanych z podróżowaniem coraz dalej, z używaniem coraz to nowszych technologii? Wydawać by się mogło, że jest to na pograniczu czegoś niewykonalnego. No bo jak zainteresować często niezaznajomionego z tematem czytelnika, nie traktując wszystkiego zbyt powierzchownie, tak aby móc o czymś porozmawiać, ale nie używając terminów znanych tylko wąskiemu gronu odbiorców? 

Byłam bardzo ciekawa, jak z tym wszystkim poradzi sobie Ewelina Zambrzycka. Oczekiwań przyznaję, zbyt wielkich nie miałam i wiecie co? Wyszło to na dobre. 

Na dobre, ponieważ bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Całość, od początku do samego końca, czytało mi się bardzo szybko i z taką swobodą, jakbym sama uczestniczyła w tej rozmowie. Największym plusem tej pozycji jest to, że rozdziałów jest sporo, ale nie są one przytłaczająco długie, do tego na zakończenie każdego tematu można znaleźć zbiór ciekawostek, będących swego rodzaju podsumowaniem. Dzięki temu, Człowiek istota kosmiczna to idealna lektura do "czytania w biegu". Owszem, trzeba się skupić na poruszanych tematach, jednak świetnie sprawdza się to jako pozycja do czytania w tramwaju, pociągu czy po prostu w wolnej, nawet krótkiej chwili. 


Naprawdę bałam się, że mimo iż temat tej książki jest mi dość dobrze znany, zostanę albo przytłoczona ilością informacji i zbędnych tłumaczeń, albo nie dowiem się niczego nowego ani konkretnego. Jednak jak dla mnie, jest to świetnie wyważona publikacja, która powinna zainteresować zarówno kogoś, kto po raz pierwszy chce zgłębić temat odkrywania kosmosu, jak i osoby, które krótko mówiąc "już w tym siedzą".  

Wychodzi na to, że muszę częściej dawać szansę wywiadom, bo jak się okazuje, jest to przyjemna odskocznia dla tradycyjnych książek. 

wtorek, 2 lipca 2019

Przeznaczenie i pierwszy pocałunek // Kasie West


Kasie West. To nazwisko przewija się przez tego bloga od roku. Ten konkretny tytuł to prawdopodobnie ósmy tej autorki, jaki przeczytałam. Gdy pierwszy raz zobaczyłam jej książki, to przyznaję, prychnęłam a po okładkach, tytule i opisie stwierdziłam, że nie ma opcji bym to przeczytała. Przecież to takie proste, przecież to już było. I owszem, było, ale West pisze w taki sposób, że mnie po prostu kupiła. Mam jednak wrażenie, że Przeznaczenie i pierwszy pocałunek to ostatnia książka tej autorki, którą czytałam. A przynajmniej na pewno ostatnia na najbliższe miesiące, mimo że zostało mi się kilka nieprzeczytanych powieści. Mam jednak wrażenie, że to jest odpowiedni moment aby powiedzieć STOP. Zanim będę musiała zakończyć przygodę z twórczością tej autorki z niesmakiem.

Przeznaczenie i pierwszy pocałunek na pewno nie spodobało mi się już od pierwszych stron. Ba, nawet odważę się napisać, że dopiero po połowie zaczęłam z ciekawością wyczekiwać rozwoju wypadków. Mam jednak problem z tą książką tego typu, że nie "kupiła" mnie po prostu sama historia i pomysł na akcję, bowiem styl autorki, jej lekki język i sposób kreowania bohaterów, nie pozostawia mi nic do zarzucenia. Po prostu historia młodej hollywoodzkiej autorki, akcji na planie filmu klasy B i niestety dość słabo wykreowane postacie dalszoplanowe (czy właściwie drugo-i-dalszo-planowe) sprawiły, że pierwsze minimum 100 stron, szło mi po prostu dość topornie. Gdybym miała na szybko podsumować tę powieść, to powiedziałabym, że jest ona dość płaska. Nie wiem, czy wpływ na to ma fakt, że ostatnie dwie książki tej autorki, jakie czytałam, były z motywami raczej paranormalnymi i po prostu odzwyczaiłam się od "zwykłego" świata w jej wykonaniu, czy po prostu naprawdę historia Lacey jest słabsza od pozostałych. (No dobrze, słabsza jest na pewno ale czy z tego powodu?). 

Na dobrą sprawę mogłabym na tym zakończyć swoje przemyślenia po lekturze, ponieważ zbyt wiele ich najnormalniej w świecie nie mam. Czuję się lekko rozczarowana tym tytułem i jedyne czego czuję, to potrzebę zerwania z takimi klimatami i gatunkiem młodzieżowym, na bliżej nieokreślony czas, mimo że zaczynają się "wakacje", a rok temu to właśnie książki Kasie wskazywałabym na ten czas jako te idealne.

Co prawda nie cofam tego, że jeśli poszukujecie naprawdę lekkich historii na upalne dni na plaży i jesteście nastolatką (bo nie oszukujmy się, to są iście babskie historie) to West powinna być dobrym wyborem. Ja wolałabym chyba jednak w najbliższym czasie "pomęczyć" się z czymś bardziej wymagającym. Ot na takie przemyślenia naprowadziła mnie lektura Przeznaczenia i pierwszego pocałunku. Nie mówię, że ta książka jest zła, ale jest słabsza od pozostałych i chyba już po prostu nie dla mnie. 

poniedziałek, 1 lipca 2019

Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko // Tom Phillips


Ludzie. Czyli coś o nas. Czyli coś dla nas. Lekcja jak żyć? Niekoniecznie. Lekcja jak żyliśmy? Już bardziej. To tak jak tytuł wskazuje - opowieść o tym, co zdążyliśmy dotychczas spieprzyć i jakie konsekwencje przez to ponosimy do dzisiaj. Brzmi ciekawie? Nawet nie wiecie jak bardzo. 

Tom Phillips, nazwisko kompletnie mi nieznane, przynajmniej w zestawieniu z tym imieniem, bo jednak Phillips mówi coś zapewne większej części społeczeństwa. Okładka złudnie kojarząca mi się z tytułami Yuvala Noah Harari, które ciągle czekają na liście "kiedyś przeczytam". Czyli w sumie coś mi świta ale jednak niekoniecznie na właściwy temat. Nie oszukujmy się jednak, tytuł tej książki czyli Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko jest na tyle chwytliwa, że nie potrzeba nic więcej (a przynajmniej zbyt wiele więcej) by z ciekawości przeczytać tę pozycję. Niby ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale co tam, w tym wypadku warto było zrobić ten krok. 

Spodziewałam się miliona dygresji w tej książce, wielu "śmieszkowych" historii, które będzie można później opowiadać znajomym przy piwie, albo na korytarzu jak trzeba będzie przerwać tę niezręczną ciszę w oczekiwaniu, na bliżej niekreślony cel. Czekałam na pełny humoru zbiór opowieści, podpartych mocną wiedzą historyczną i wiecie co? Dostałam o wiele więcej. 

Nie ukrywam, byłam wręcz pewna, że publikacja Toma Phillipsa to będzie dość powierzchowna (żeby nie powiedzieć płytka), lekko "głupia" opowiazdka, do czytania w biegu codzienności. Muszę więc chyba użyć tego słowa - niespodzianka - ta książka okazała się niespodzianką, ponieważ to nie jest coś co przeczytałam i zapomniałam. Autor w tak sprawny sposób prowadzi narrację, że mimo dużej ilości postaci historycznych pojawiających się na tych wszystkich stronach, to nic mi się nie pomieszało, a uwierzcie, że mogłoby. 

Sprostowanie co do historii Wspaniałego Stulecia, największe głupie pomysły w kwestii wynalazków (nie tylko paliwo ołowiowe czy freon), ale także krótki przegląd szalonych władców, to jak się okazuje skarbnica pomyłek i naprawdę głupich błędów czy pomysłów, które miały naprawić sytuację, a jak można się domyślić - zadziałały kompletnie na odwrót. 

Z jednej strony, może kogoś to po prostu nie interesować, jednak wszystko jest napisane w tak przystępny sposób, że nie wyobrażam sobie niczego lepszego do zabicia czasu w pociągu, tramwaju czy  w oczekiwaniu na wiecznie spóźniającego się znajomego. To nie jest książka, którą trzeba przeczytać od razu. Skonstruowana jest w taki sposób, że bez problemu można ją sobie "dawkować" bez obaw, że coś się zapomni i nie będzie można się odnaleźć. 

Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło? Że to wszystko nie jest pisane bez celu. To nie jest tylko zbiór "najciekawszych" historii ludzkości. Autor prowadzi do pewnych, niezbyt optymistycznych rozważań, będących jednak jak najbardziej na czasie. Do czego dążymy z naszą planetą? Do czego możemy doprowadzić, patrząc, że nawet wydarzenia sprzed wielu set lat mają odbicie na to, jak świat działa dzisiaj? Może właśnie taki przegląd, tak wielu reakcji łańcuchowych, jest w stanie otworzyć oczy tym, którzy nadal uważają, że nic złego nie robimy? Że przecież to nic wielkiego, nic co ma wielki wpływ na przyszłość? Jednak spokojnie, to nie ma czystko moralizatorskiego tonu i może to właśnie jest największym atutem tej książki, a przynajmniej czymś, czego kompletnie się nie spodziewałam. 

W skrócie? No Ludzie! Tę książkę po prostu warto przeczytać! 

sobota, 6 kwietnia 2019

Mroczne kłamstwa Minnow Bly // Stephanie Oakes


Kryminał? Thriller? Młodzieżówka? 5/5? 10/10? Nie. Ta książka jest wszędzie gdzieś pomiędzy. 


To najbardziej nas różniło. Że potrafiliśmy patrzeć na te same gwiazdy na tym samym niebie, ale nie dręczyły nas te same pytania. Nie chcieliśmy takich samych odpowiedzi.

Nie lubię zbyt filozoficznych czy psychologicznych książek. Nie ukrywam, że takie tematy mnie męczą, nawet jeśli przeplatają się z wątkiem kryminalnym. Lubię jednak książki, które pozostawiają po sobie rozmyślania. Które zmuszają do przemyślenia, często niełatwych tematów. Stephanie Oakes zdecydowanie zmusza do tego. Bo książka o Minnow Bly, jest nie tylko o swego rodzaju sekcie i nowej dziwnej religii, to nie tylko opowieść o chłopcu mieszkającym w lesie, czy dziewczynce pozbawionej dłoni. To przede wszystkim książka o kreowaniu własnego spojrzenia na świat. To pozwolenie na to aby patrzeć, na to co nas otacza, na swój sposób. Niby banalne, ale jednak nie dla każdego, może chociaż dlatego warto dać tej książce szansę? 

Nie oglądałam Orange is the new black, ale strasznie mi się ta książka kojarzyła z plakatami związanymi z tym serialem. Czy słusznie? Pewnie nigdy się nie przekonam. 

Minnow to dziewczyna pochodząca z rodziny, która w pewnym momencie postanowiła posłuchać tajemniczego mężczyzny i odcięła się od cywilizacji. Stworzyła swoją własną społeczność odciętą od normalnej codzienności, która funkcjonowała, dopóki nowe pokolenie nie zaczęło się zastanawiać i do kiedy nie narodziły się pytania, na które odpowiedzi nie były wcześniej przygotowane. 

Ze względu na to wszystko, książka pełna jest przemyśleń głównej bohaterki. Pełna wspomnień z przeszłości, które uzupełniają luki w historii. W końcu od początku wiemy, do czego wydarzenia doprowadziły. Wiemy dlaczego Minnow znajduje się w poprawczaku/więzieniu dla nieletnich. Jednak dopiero z czasem poznajemy odpowiedzi na pytania JAK i DLACZEGO. 

Nie napiszę jednak, że ta książka jest fenomenalna, mimo że przeglądając zagraniczne wypowiedzi, natknęłam się na takie bardzo optymistyczne (jeżeli można użyć tego słowa w stosunku do powieści poruszającej naprawdę trudne tematy, o których pisarze nie rozpisują się tak często, jakby można było by przypuszczać). Jednak sposób w jaki autorka opowiedziała o problemach przynależności ludzi do grupy. O tym jaki wpływ ma świadomość, że w coś wierzymy i o tym (co pewnie zabrzmi banalnie) jak bardzo możemy pomylić się w osądach muszę przyznać, że raczej nieprędko spotkam coś podobnego. 

Mam wrażenie, że jest to książka, która nie powinna mi się spodobać, a jednak to zrobiła. Mimo wolnej akcji i niewielkich jej zwrotów czy wielkich emocji, uważam ją za wartościową, jednak nie taką, którą polecałabym na każdym kroku. Jak mówiłam. Ta książka wszędzie jest gdzieś tak pośrodku. 


piątek, 22 marca 2019

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle // Stuart Turton


Nie, to my zrobiliśmy z Blackheath takie miejsce. Doprowadziły nas do tego nasze własne decyzje. Jeżeli to ma być piekło, to sami je sobie stworzyliśmy.

Nie wiem czy tych tytułowych śmierci było siedem. Nie wiem czy było ich więcej, czy w ogóle była jakaś. Wiele po przeczytaniu tej książki nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć. Jednak to, co lektura książki Turtona pozostawiła po sobie, to ogromny zachwyt i poczucie, że to jest taka literatura, którą naprawdę chce się czytać. Trochę kryminał, ale nie do końca. Coś jakby powrót do historii, ale czy na pewno? Na dobrą sprawę nie wiemy kiedy, ani gdzie toczy się akcja tej powieści. To jest jedna wielka zagadka, nie jedyna dla historii, którą skrywa. 

Chciałabym jednak móc o tej książce zapomnieć, obudzić się z czystą kartą, tak jak bohaterowie, aby móc chociaż raz jeszcze zachwycić się opowieścią stworzoną przez autora. Jeden raz to zdecydowanie za mało. Dlaczego? Bo mam wrażenie że umknęło mi o wiele za dużo. 

Dziwna? Nietuzinkowa? A może po prostu boska i na swój sposób dzika? Takie określenia kojarzą mi się z tą książką. Kryminał? Owszem. Ale ta powieść to o wiele więcej. 

Każdego dnia, bohater budzi się w innym ciele. Za każdym razem ma czas do 23 aby wyjaśnić zagadkę śmierci Evelyn. Gdy tego nie zrobi, dzień zacznie się od nowa, w innej postaci. Ale ich ilość jest ograniczona. Co się stanie, jeśli zagadka nie zostanie rozwiązana? Co jeśli rozwiązanie nie istnieje, albo istnieje więcej niż jeno? Komu można ufać, a komu nie? 

Na pewno nie można ufać własnej intuicji. Przez blisko połowę lektury, nie wiedziałam o co tak dokładnie w tej historii chodzi. Do samego końca nie miałam pojęcia, do czego akcja prowadzi a już tym bardziej nie pomyślałabym jak to się zakończy. Na dobrą sprawę, zakończenie tutaj nie ma większego znaczenia. Przynajmniej dla mnie. Liczyło się wszystko to, co działo się na kartach powieści Turtona w międzyczasie, nawet te najdrobniejsze wydarzenia. 

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle to mnóstwo postaci, każda ze swoją tajemnicą, ze swoim spojrzeniem i motywacją. Pełna różnorodność charakterów i powtórka z wydarzeń sprzed 19 lat. 

Czym jest ta historia? To próba rozwiązania zagadki morderstwa, to mieszanka różnych dni, różnych opowieści i na pozór nic nieznaczący faktów. Jak w tym wszystkim autor się nie pogubił? Jak udało mu się to wszystko spiąć w jedną, logiczną całość? 

Ta książka była emocjonująca nie tylko ze względu na rozwój akcji. Sam język, sposób poprowadzenia czytelnika przez autora sprawił, że jest to nietuzinkowa powieść. Historie Sebastiana, Anny, Aidena, Daniela, Golda, lady Hardcastle, Doktora Dżumy i wielu, wielu innych postaci pokazują, jak bardzo można pomylić się w ocenie drugiego człowieka i do jak wielu szkód może to doprowadzić. 

Kto zginął? Dlaczego? Kogo można uratować? Kto chce być uratowany, a dla kogo nie ma żadnej nadziei? To jedne z setek pytań, które pojawiały się w mojej głowie podczas czytania. Na wiele z nich doczekałam się odpowiedzi. Jednak na wiele z nich, chciałabym usłyszeć czy też przeczytać coś więcej. 

Czuję niedosyt, ponieważ książkę Stuarta Turtona mogłaby czytać zdecydowanie dłużej. Mam nadzieję, że nie przyjdzie czekać zbyt długo na coś nowego od tego pisarza. Ja zdecydowanie będę czekać. 

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia