wtorek, 30 grudnia 2014

#15 Niezgodna - Veronica Roth ~Lily

via. tumblr
Niezgodna. Taka jestem w stosunku do tego co usłyszałam na temat tej książki. Zawiedziona? To za mało… Zdaję sobie sprawę, że pisząc to nabawię się wrogów, ale muszę przyznać i to z bólem, że szału nie było. Chciałam tę książkę przeczytać i to bardzo. Pełno osób zachwycało, wychwalało, polecało i w końcu sięgnęłam po to i… nic. Pustka…  Może gdybym tę książkę przeczytała zanim dwa lata temu sięgnęłam po Igrzyska, miałabym inne zdanie, jednak Veronica Roth wybrała gatunek w którym trudno odkryć coś nowego, bo praktycznie już wszystko było, ale nawet w tym co było da się umieścić coś oryginalnego a ta książka była, jest dla mnie po prostu nudna.

Wciąga, tak to prawda ale przy tym mnie zarówno irytowała. Przez całą książkę miałam wrażenie, że już to czytałam. Do tego autorki brak talentu do zabijania postaci. Naprawdę. Tak jak Collins, Clare czy nawet Rowling robiły to ze smakiem tak tutaj czułam jakby wszystko szło z karabinu maszynowego. Fuch fuch fuch i połowy dobrych nie ma. Jak tak dalej pójdzie to wszystkich pozabija. Ja rozumiem, że sieroty to takie modne teraz w książkach ale bez przesady. Wiecie, że lubię jak giną bohaterowie (tak wiem jestem straszna) nawet jeśli są to główne postacie, bo jest to dość niespotykane, ale tu kompletnie tego nie kupiłam, może gdyby Cztery zginął to bym miała jakieś silne emocje związane z tą książką, a tak nic, jest mi ona obojętna. Może nie jest w zły sposób napisana, nie wiem czy to przez to, że ostatnio czytałam tyle romansideł mój ukochany gatunek mi się już nie podoba, czy po prostu słysząc o tym tak wiele, postawiłam młodej autorce zbyt wysoką poprzeczkę.

"To jest śmierć - przejście od jest do był."


Jednak, żebym nie wyszła na takiego krytyka ta książka ma dla mnie jeden plus. Jedynym światełkiem w tunelu, który ratuję tę książkę jest Cztery, ale tylko Cztery. Gdy wypowiada słowa by tak na niego nie mówić czar prysł. Sama się sobie dziwię, że widzę same minusy ale kurczę nie wiem czy to filmowa okładka mnie tak dobiła czy co. Sięgnę po Zbuntowaną, bo (zdaję się na przyjaciółkę, która też za 1 częścią nie przepada) podobno końcówka jest naprawdę niesamowita, a wspominając moje własne słowa z poprzedniej recenzji: Każda książka zasługuje na drugą szansę. Później z kolei jest Wierna, o której nawet od fanów tej trylogii słyszałam same głosy zawiedzenia. Jedyne co mnie naprawdę ciekawi to ta nowa książka Cztery ale no muszę powiedzieć, że on zawładnął moim sercem, podczas gdy Tris była dla mnie tylko i wyłącznie narratorką.

(dobra, wcale nie zaspojlerowałam sobie Wiernej... chociaż szczerze, to sprawiło, że mam ogromną ochotę przeczytać tę książkę. Zaczynam się bać, że lubię śmierć bohaterów, co ze mną nie tak?)

Ale dobra, dla tych którzy tego nie czytali to może o czym to w ogóle jest. Mamy świat podzielony na frakcje takie jak Serdeczność, Erudycja, Prawość, Altruizm i Nieustraszoność. Ci którzy podczas testów przynależności nie będą pasować do żadnej frakcji kończą jako bezfrakcyjni, czyli jako wyrzutki społeczeństwa mieszkający na ulicy. Z kolei tym co wyjdzie przynależność do więcej niż jednej frakcji, są Niezgodnymi, uznawani przez władzę jako zagrożenie, przez co muszą zostać wyeliminowani…

Nasza główna bohaterka Beatrice później zwana Tris musi podczas ceremonii wyboru zdecydować czy zostanie z rodziną jako Altruistka, gdzie uważa, że kompletnie nie pasuje, czy opuści ich wstępując do innej frakcji. Musi jednak strzec swojej tajemnicy, bo gdy wyjdzie na jaw rozpęta się piekło.

Tris wybierając nową frakcję musi przejść nowicjat, w którym nauczy się walczyć nie tylko z wrogiem, ale także z własnym strachem. Jej instruktorem jest Cztery, który posiada równie niebezpieczne tajemnice jak Tris. Czy gdy świat będzie zmierzał do wojny, oni będą mogli coś z tym zrobić? 

Język powieści nie jest skomplikowany, dlatego czyta się lekko i szybko. Mamy akty poświęcenia, miłości. Ale ja i tak tego nie kupuję. Co za dużo to niezdrowo. Samobójstwo, poświęcenie, które z nich jest aktem bohaterstwa jak uważa Eric? (przy okazji nienawidzę drania ;)

"Nie poddam się, niech ten ktoś, kto patrzy na mnie przez kamerę, widzi, że jestem odważna. Ale czasem to nie podjęcie walki świadczy o odwadze, ale stawienie czoła nieuchronnej śmierci."

O dziwo recenzja krótka, ale nie chcę dolewać oliwy do ognia, ale z chęcią poznam wasze opinie na temat tej książki. Czy tylko ja widzę w niej aż tyle złego, czy może ktoś ma podobne zdanie? Może uda wam się przekonać mnie do następnych części ;)


"Wiem, dlaczego ojciec mówił, że Nieustraszeni to banda wariatów. Nie mógł, nie potrafił zrozumieć tego rodzaju koleżeństwa, które powstaje tylko wtedy, gdy ludzie razem ryzykują życie."

I tu taka ciekawostka do której frakcji bym należała?
Hmm na pewno nie Prawość, aż taka prawdomówna nie jestem, chociaż w kwestii książek jak widać jestem bezwzględna.

Nie Erudycja bo mimo, że w szkole nie szło mi źle to jestem leniwa do pragnienia posiadania wiedzy i sięgania po podręczniki.

Nie Altruizm, to ciągłe wyrzekanie się siebie i wszyscy jednakowi, to nie dla mnie, a już na pewno nie Nieustraszoność bo umarłabym tam pierwszego dnia. Ktoś kto boi się domowych pająków na pewno nie jest Nieustraszony, a co do Serdeczności to ta frakcja wydaje mi się strasznie sztywna i nudna.
Tak więc witaj ulico byłabym bezfrakcyjna!


A wy gdzie byście należeli? Jak myślicie?

Ocena:
4/10

czwartek, 25 grudnia 2014

We wish you a merry Christmas!

Moi drodzy,
Dziękując Wam skromnie i ładnie
Pragniemy złożyć życzenia przykładnie
Za to że nas często odwiedzacie
I ciągle o nas pamiętacie!
Życzymy dużo zdrowia i radości
Pomyślności, trzeźwych gości.
Niech Mikołaj o Was nie zapomina
I niech się zmieści do komina!
Tony książek do czytania,
Wiele weny do rozmyślania.
Nowych przygód i doświadczeń
Przespanych nocy, bez majaczeń.
Jedynie prawdziwych przyjaciół u boku
Którzy będą światłem w życiowym mroku.
Milionów płyt do słuchania
Do wieczornego wzdychania.
Prawdziwej jak z bajki miłości
Pełnej zrozumienia, romantyczności.
Niech uśmiechy na Waszych twarzach się pojawiają
I innych smutasów do radości zmuszają.
Dużo ciepła, powodzenia, uczynności
Niech szczęście w Waszych życiach gości.
By Nowy Rok obfitował w sukcesy
A nie w podejrzane, fałszywe biznesy!
Dużo całusów i buziaków
Niech w uczuciach nie będzie braków ;)
Wesołych Świąt i nie tylko tyle
Bądźcie słodcy, nawet jeśli inni to goryle!
Nie zapomnijcie, by się pilnować w Sylwestra
A Nowy Rok niech będzie superekstra!

~ find-the-soul Kana & Lily


środa, 24 grudnia 2014

#14 Cud Bożonarodzeniowy czyli Wichrowe Wzgórza - Emily Bronte ~Lily

via. tumblr
Święta już tuż tuż. Wigilia rozkręca się pełną parą, jednak jak bardzo uwielbiam jeść karpia tak
nienawidzę zapachu jego smażenia, dlatego uciekłam pod choinkę by napisać tego posta.
Gdybym nie
przeczytała już W Śnieżną Noc, byłoby niesamowicie czytać ją właśnie teraz, gdy czuć już tą
niesamowitą atmosferę. Jednak mogę dzisiaj do was pisać o książce dość niezwykłej. Mogę uznać ją
za Bożonarodzeniowy Cud, dlatego piszę o niej właśnie teraz. W wakacje, czyli już dość dawno
zabrałam się za czytanie Wichrowych Wzgórz. Sięgnęłam do nich po tym, jak skończyłam Diabelskie
Maszyny, gdzie Tessa jak i Will uwielbiali książki, a że żyli w XIX w. czytali właśnie Wichrowe Wzgórza.

Już któryś spotkałam się z tym, że główna bohaterka uwielbia Wichrowe Wzgórza, a że ja uwielbiam
tę bohaterkę to warto sprawdzić, czy mamy podobny gust. Nie mogłam nigdzie dostać Opowieści o
Dwóch Miastach Charlesa Dickensa (z czego wiem, to książka ta nie jest drukowana od ładnych
kilkudziesięciu lat, a jedyne wersje kosztują ponad 100zł, co jest dla mnie przesadą, a przez moje
głupie nawyki, nie potrafię czytać ebooków, dlatego na razie nie mogę sięgnąć po Dickensa) dlatego
w przerwie między pierwszymi 3 tomami Darów Anioła a drugimi 3 zaczęłam czytać powieść z
początku XIX wieku, uważaną, za największy klasyk. Największy romans, jaki powstał.


Wiedziałam, że język będzie stary i muszę poświęcić na tę książkę więcej czasu, jednak w sierpniu udało mi się przeczytać tylko połowę. Teraz myślę, że dokończyłabym ją wtedy, gdyby obok nich nie leżało Miasto Upadłych Aniołów. Nie lubię zaczynać książek w trakcie czytania innych, jednak w tym przypadku nie udało mi się to. Ciekawość co się dzieje z moimi ukochanymi bohaterami zwyciężyła, a powieść Emily znalazła się na półce niedokończona.


Dwa tygodnie temu nie mając ani jednej książki w domu wzięłam na wyjazd właśnie Wichrowe

Wzgórza i jak się zdziwiłam, gdy nie mogłam się od nich oderwać. Okazało się, że skończyłam w
takim momencie, gdzie od następnej strony główną bohaterką była córka poprzedniej głównej
bohaterki (ale masło maślane), którą niestety zdążyłam pożegnać, gdy robiłam 4 miesięczną przerwę.

Jednak może coś o tym co przeczytałam w wakacje. Cała historia zaczyna się od trójki dzieci Catherine

Ernshaw, jej brata oraz Heatcliffa, który został adoptowany. Chłopiec miał jednak bardzo złośliwy
charakter. Gdy dorastali zakochał się w Cathy która wyszła za Lintona. Heatcliff nadal był w niej
szaleńczo zakochany, przez co stawał się nieobliczalny. Mieszkał wraz z przybranym bratem i jego
małym synem. Nie raz bił własnego brata doprowadzając go w końcu do śmierci. Heatcliff ożenił się z siostrą męża Catherine, Isabellą Linton, która urodziła mu syna Lintona Heatcliff, z którym uciekła od niego, ponieważ jego nieobliczalność nie miała granic. Cathrine jednak wraz z swoim charakterkiem pozostawała wierna mężowi. Z czasem zapadła na chorobę która zabrała ją ze świata pozostawiając córkę o tym samym imieniu. Właśnie na tym momencie odłożyłam książkę, która jednak nie spodobała mi się za bardzo. Może dlatego, że przypominała mi o lekturach, do których byłam zmuszana.

Jednak dwa tygodnie temu kiedy chwyciłam tę książkę w rękę historia stała się o wiele

przyjemniejsza. Cathy dorastała z ojcem, z czasem zaczęła żywić uczucie do swojego kuzyna,
wychowywanego przez Heatcliffa, który za wszelką cenę, chciał wzbogacić się na ślubie własnego
syna. Po raz kolejny Heatcliff pokazał swój czarny charakter. Był osobą, która była zdolna
doprowadzić do śmierci, porwań, wykorzystywania własnego dziecka do własnych celów.
Nie będę więcej pisać bo zaraz zaspojleruję całą książkę, a przecież nie o to chodzi. Zdaję sobie
sprawę jak niektórzy patrzą na takie klasyki. Jednak jest to odważna powieść jak na tamte czasy.
Ludzie zakochani są zdolni do różnych rzeczy. Heatcliff był złą osobą. Wyrządził tyle cierpienia, że było mi bardzo żal bohaterów, a w szczególności Catherine (córki). Ona nie była nic winna, że ten człowiek zakochał się w jej matce. Jednak nawet ta myśl nie wystarczyła, by oszczędził jej cierpienia.

Cała książka jest opowieścią jednej z postaci, gospodyni Ellen Dean, która wychowywała się razem z

małym Heatcliffem i Cathy a później wychowywała jej córkę. Opowieść ta była skierowana do pana
Lockwooda, który wynajął Drozdowe Gniazdo, posiadłość Heatcliffa, w której toczyło się większość
dobrego życia Catherine a później jej córki. Wichrowe Wzgórza (kolejna posiadłość z której
pochodziła trójka bohaterów z pierwszych stron) były miejscem, które kojarzy się z cierpieniem. Tam
historia się zaczęła i tam historia się zakończyła. Do Wichrowych Wzgórz wróciła Catherine Ernshaw wraz z miłością, która była naznaczona życiem Heatcliffa.

Wiem, że ta „recenzja” jest pokręcona i nie zdziwię się, jeśli nic z niej nie zrozumieliście, ale taka jest właśnie ta książka. Nie jest łatwą lekturą.

Dlaczego nazwałam tę książkę Cudem Bożonarodzeniowym? W sierpniu skazałam ją na straty. Teraz

gdy mamy praktycznie święta skończyłam ją i jestem oczarowana. Mimo kilku dni nie mogę o niej
zapomnieć. Jestem wręcz pewna, że ta historia zostawi ślad na całe życie, a przecież pierwsza połowa
była bardziej cierpieniem niż przyjemnością. To jest cud. Dokończyłam ją, nie mogłam się od niej
oderwać, spodobała mi się i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Teraz chcę sięgnąć po inne powieści sióstr Bronte, bo to jest niestety jedyna książka Emily. Chodzą

teorie, że wszystkie książki trzech sióstr zostały napisane przez Charlotte, która jako jedyna miała
talent pisarski. Wydaje mi się jednak, że tego się nigdy w 100% nie dowiemy. Jest to tajemnica
Wichrowych Wzgórz, Cudu 2014 roku.

Nie będę tej książki polecać każdemu. Jest to literatura, po którą trzeba sięgnąć z własnej woli.

Jestem jednak przykładem osoby, która kiedyś nienawidziła romansideł ani klasyków, a jednak
sięgnęłam po nią i jestem oczarowana, dlatego może warto dać jej szansę? Nie popełniajcie mojego
błędu i nie spisujcie tej książki na straty dopóki nie dobrniecie do dość nieprzewidywalnego końca.

A teraz tak na koniec bo chyba już karp skończył swoje katusze na patelni, chciałabym wam życzyć

spokojnych i rodzinnych świąt. Dużo radości i śniegu (którego już chyba nie zobaczymy, chociaż skoro cuda się zdarzają to może i jutro będzie biały poranek?), odpoczynku i ciekawych książek pod choinką ;) 
Pochwalcie się później co wam Mikołaj przyniósł, bo chyba będzie post o świątecznych zdobyczach.

Wesołych Świąt! Ho ho ho!

Ocena:
8/10

poniedziałek, 22 grudnia 2014

#13 Rywalki - Kiera Cass ~Lily

ACHTUNG! UWAGA! ATTENTION! (BĘDĄ OCHY I ACHY)

„Mam nadzieję, że znajdziesz kogoś, bez kogo będziesz mógł żyć.
I mam nadzieję, że nigdy się nie dowiesz, jak to jest,
musieć mimo wszystko żyć bez tego kogoś”

via tumblr
Dzisiaj przychodzę do was z recenzją, która nie była w planach na najbliższy czas. Jestem jednak dopiero co po lekturze pewnej książki, którą muszę wam pokazać. Książki, która mnie zaskoczyła i nie wierząc w to co piszę jest o stopień wyżej od Darów Anioła (czyli na drugim miejscu). Nie mogę się doczekać aż sięgnę po pozostałe części i zaczynam się obawiać, czy nie strąci Diabelskich Maszyn z pierwszego miejsca. Piszę to całkiem świadoma własnych  słów, traktuję książki Clare jak bóstwo ale Kiera Cass zaskoczyła mnie niesamowicie. Bo gdzie ja a książka o księciu? Ja i księżniczki? Nieee przecież to nie pasuje a jednak. Muszę powiedzieć, że już na samym początku pokochałam okładki tej serii. Wiem, że nie ocenia się książek po okładce, ale no kurczę za tak pięknymi okładkami musi się kryć niesamowita historia. Będą ochy, będą achy i to nie jedne, ale pisanie zaraz po lekturze nie jest bezpieczne (oczywiście po czasie na ogarnięcie swoich emocji, łez i wkurzenia na ostatnie zdanie).




Kiedy dostałam tę książkę od przyjaciółki (Gosia, to o Tobie, nawet nie wiesz jak jestem Ci cholernie wdzięczna, że dałaś mi najpiękniejszy prezent gwiazdkowy jaki mogłam sobie wymarzyć!) byłam wręcz pewna, że przeczytam ją po świętach. Jednak do wigilii zostały się jeszcze 3 dni (piszę to w niedzielę, chociaż wiem że tego dzisiaj nie opublikuję) a ja już błagam mamę by mi kupiła kolejne tomy i tu brawa dla Mamy bo obiecała że jutro podczas wyjazdu przywiezie mi drugą część! (wcale nie boi się, że bez niej nie wpuszczę jej do domu ;) Tak więc widzicie, że ta recenzja jest spontaniczna, ale wierzcie mi, nigdy nie czułam się TAK po przeczytaniu książki.

Ale no, rozpisałam się już niemało a nawet nie padł tytuł tego zacnego buka, dlatego panie i panowie mam zaszczyt przedstawić Rywalki autorstwa Kiery Cass!

Tak więc wiecie już, że książkę tą dostałam od mojej przyjaciółki ,ale do kompletu była jeszcze cieniutka książeczka Rywalki: Książę i Gwardzista, w której znajdują się dwa opowiadania oraz dodatki, takie jak drzewa genealogiczne, lista kandydatek (o tym za chwilę) oraz moje ulubione playlisty do poszczególnych tomów! Oczywiście z nich skorzystałam, bo piosenki są niesamowite, ale i tak czytając słuchałam czegoś innego, co już zawsze będzie mi się z tą książką kojarzyło. Nie wiem czy już kiedyś o tym pisałam, ale podczas czytania muszę mieć słuchawki w uszach, bo wtedy nie dociera do mnie kompletnie nic z otoczenia, a ja znajduję się w świecie razem z bohaterami. Kończy się to zawsze tym, że nawet miesiące po zakończeniu książki, gdy usłyszę taką piosenkę (zazwyczaj leci jedna w kółko i w kółko) to od raz nasuwają mi się obrazy z książki, co jest dla mnie niesamowite.

Jednak lekturę tych opowiadań zostawiam sobie minimum na przerwę między drugim a trzecim tomem, chociaż jeśli jutro nie znajdzie się Elita w Gnieźnieńskim Empiku będę chyba tak zdesperowana, że pochłonę ją w kilka minut. Tak więc chyba już czas przejść to tego dzieła, które jeszcze raz przypominam nosi nazwę Rywalki.

Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, od razu skojarzyła mi się z Igrzyskami Śmierci. Mamy świat po wojnie (i to na dodatek IV Wojnie Światowej), Państwo, które nie istnieje (Illéa). Ludzie są podzieleni na kasty od 1 do 8 a głową państwa jest Król. Nasza główna bohaterka to America , dziewczyna z Piątki, do której należeli muzycy, malarze, krótko mówiąc artyści. Dziewczynę, którą pokochałam, a zazwyczaj główne bohaterki mnie irytują (nie będę już pisać tytułu sami-wiecie-czego jeśli śledzicie bloga od jakiegoś czasu to wiecie o czym piszę). Tak więc mamy Americę, której rodzina jest biedna, ale mamy także surowe prawo, które łamie prawie każdej nocy, wymykając się z domu do chłopaka. Muszę powiedzieć, że pokochałam go (matko ja tu wszystkich kocham) od samego początku, lecz jak się okazało zrobiłam to zbyt pochopnie. Aspen, był Szóstką, czyli jego rodzina była w jeszcze gorszym stanie niż rodzina Ami. Jakie romantyczne było, gdy w nocy spotykali się w starym domku na drzewie, a ona śpiewała mu piosenki. Zawsze dostawała od niego jednocentówkę, niby to nic, jednak liczy się gest, a ona uzbierała już cały słoiczek. Spotykali się przez prawie dwa lata, a ona była pewna, że to miłość na całe życie, jednak wychodząc za mężczyznę z niższej klasy spadało się w dół razem z nim, a Aspen nie chciał tego dla Ami, która żyła muzyką.

No to może tyle o nich, bo zaraz zdradzę wam wszystkie szczegóły. Teraz przejdźmy do głównego wątku, ale po kolei. W Illéi panował zwyczaj, że młoda księżniczka wychodziła za księcia z innego kraju, aby wzmocnić sojusze. Książe jednak nie mając czasu na wybór małżonki, organizował Eliminacje, w których brała udział jedna dziewczyna z każdego miasta/rejonu (nie wiem jak to się nazywało). Za udział w Eliminacjach rodzina dostawała czeki, co mogło się okazać dla niektórych zbawieniem. Patrząc na rodzinę Ami, takie wspomogi byłyby wybawieniem. Jednak America nie chciała takie życia, nie chciała nawet słyszeć o zgłoszeniu. Miała ukochanego Aspena, z którym chciała spędzić życie. Jednak prośba niektórych ludzi, a utrata innych może spowodować, że jej nazwisko trafi do puli. I tak właściwie się zaczyna. Byłoby dziwne, gdyby główna bohaterka nie dostała się do 35 osób biorących udział w Eliminacjach na dworze, który wcale nie jest takim bezpiecznym miejscem. America nie mała dobrego zdania o księciu, który wydawał się płytki. Ale oboje nie zdawali sobie sprawy, że ten inny świat różni się aż tak bardzo od tego, o którym wiedzą. Ami dowiaduje się, że Pałac jak i całe państwo jest ciągle zagrożone przez rebeliantów, a młody książę Maxon, że świat poza murami jest pogrążony w głodzie i walce o każdy dzień.

Tak więc mamy 35 kandydatek, które będą walczyć o księcia, a niektóre tylko o koronę. Mamy także naszą Mer, która wcale nie chciała się tam znaleźć, a tym bardziej walczyć o Maxona. Czy to możliwe, żeby nie musiała walczyć o miłość tylko miłość walczyła o nią? Co będzie kiedy znajdzie się między Maxonem a Aspenem?

Tu was zaskoczę, nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo (tak, to jest powód dlaczego miałam ochotę krzyczeć na ostatnie zdanie) kochana autorka zamieściła taki napis jak: KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ zaraz po tym, gdzie książę ograniczył kandydatki do Elity, w której znajduje się 6 dziewczyn. Teraz pytanie co z Ami? Czy przez swój charakter książę ją wyrzuci, zdając sobie sprawę, że ona go nie kocha? Czy może jednak ona coś do niego czuje, a on da jej szansę?

„Ty sobie nie dajesz rady z płaczącymi kobietami,
a ja nie radzę ze spacerami u boku księcia”

Musicie się o tym dowiedzieć. Wiem księżniczki i te sprawy, ale no kurczę nie spróbować chociaż sięgnąć po tę książkę, to to aż nie mam słowa… to marnotrawstwo. Kiera Cass ma niepodważalny talent. Sposób w jaki są przedstawione postaci, w jaki sposób bohaterka musi wybierać między miłością swojego starego życia, a miłością która nawet nie jest stała. Ale takie jest życie, trzeba podejmować decyzje, które zmienią nieodwracalnie nasze życie.

Muszę powiedzieć, że tak jak na początku kochałam Aspena tak go później nienawidziłam, tak jak nie lubiłam księcia (no bo kurczę, książę to taki sztywniak itp. Itd.) tak pokochałam go za to, że potrafi słuchać innych. Pokochałam go za to, że nawet gdy jako przyszły władca ludzie nie liczyli się z jego zdaniem, nie poddaje się, a już przy pierwszym spotkaniu nie wyrzuca Ami z pałacu. Ach ma jęzor dziewczyna. Nie ma to jak zrobić pierwsze dobre wrażenie ;)

„Podeszłam do niego i potarłam dłonią jego czoło.
- Co ty robisz?
-Usuwam ci pamięć. Sądzę, że możemy to zrobić lepiej”

Piękne jest w tej książce to, że nie wiemy kogo wybierze Ami. Nie wiemy jak potoczy się to wszystko. Czy państwo przetrwa, czy będzie w ogóle o kogo walczyć. Do tego tak lekki sposób w jaki ta książka została napisana sprawia, że czyta się ją niesamowicie szybko, a po odłożeniu tej książki nie jest się w stanie zasnąć przez długie godziny. (Mama już nie mogła wytrzymać i zabrała mi książkę wczoraj wieczorem, bym w końcu poszła się wykąpać, a później zgasiła mi światło i tak leżałam pół nocy zastanawiając się, co się dzieje na dalszych kartach tej historii).

I teraz skończyłam ją i ciągle myślę co tam się dzieje, a do tego te okładki! Jak patrzę na okładkę Jedynej  (trzecia część) to aż mi serce pęka, że nie wiem, co oznacza ta piękna biała suknia. Mam jednak nadzieję, że już wkrótce będę mogła wam to napisać. Teraz niestety muszę czekać aż te perełki trafią w moje ręce, a ja znów zatopię się w tej historii, która wzrusza, która jest zabawna (przez co się tak śmiałam, że mama nie chciała już ze mną siedzieć) i która zostaje w pamięci, mam nadzieję, na zawsze.

„Czasami, aby coś ukryć, najlepiej robić to na oczach wszystkich”


Ocena:
10/10

wtorek, 16 grudnia 2014

#12 W Śnieżną Noc - Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle ~Lily

via. tumblr
Święta święta i pewnie za chwilę po świętach, jednak atmosfera się dopiero rozkręca, tak więc dzisiaj tak klimatycznie recenzja W Śnieżną Noc. Zapewne spotkaliście się już z tą książką, a jeśli nie to przypomnę, że są to świąteczne opowiadania autorstwa Maureen Johnson, John'a Green'a i Lauren Myracle. Pewnie myślicie "a ta znów o Greenie" jednak mogę przysiąc, że jest to ostatnia recenzja książki tego autora na tym blogu (przynajmniej w tym roku ;) bo na razie została mi się tylko 19 razy Katherine, która jednak nie zachęca mnie do siebie.


Muszę przyznać, że długo czekałam na tą książkę. Pierwszy raz spotkałam się z nią bodajże we wrześniu i jak tylko ruszyła przedsprzedaż, zamówiłam sobie egzemplarz. Ze wszystkich książek Bukowego Lasu ta okładka urzekła mnie najbardziej. Oddaje klimat całej historii kryjącej się w jej wnętrzu.

Zanim przejdę do krótkiego opisu opowiadań, powiem coś do mnie nieprawdopodobnego. Moim ulubionym opowiadaniem w tej książce, opowiadaniem które całkowicie skradło moje serce nie jest opowiadaniem spod pióra Greena! Taki może mały szok, ale jest to w 100% prawda. Ten tytuł przypada Maureen Johnson, autorce pierwszego opowiadania o tytule Podróż Wigilijna. Jak to mówią korona jest tylko jedna i przypada właśnie tej historii.

Pewnie nie tylko mnie zastanawiało jak ta książka wygląda. Trzech autorów? Jak oni mogli to napisać? Jedna historia, czy kilka opowiadań? Tak więc odpowiem na te pytania, byście nie musieli się nad nimi dłużej zastanawiać. Książka składa się z trzech opowiadań, każde napisane przez innego autora. Jednak wszystkie historie łączą się ze sobą. Akcja dzieje się w tym samym czasie, w tej samej miejscowości, a bohaterowie przeplatają się przez wszystkie opowiadania.

Pierwsze opowiadanie jak już wspominałam Podróż Wigilijna rozpoczyna całą książkę. Główną bohaterką jest dziewczyna o zwariowanym imieniu Jubilatka, jednak uwierzcie mi jej rodzice są jeszcze bardziej zwariowani. Jak to w Stanach, panują tam dziwne zwyczaje (przynajmniej mnie już tam nic nie zdziwi). Jubilatka jest zmuszona przejechać połowę kraju do dziadków i to w Wigilię ponieważ jej rodzice trafili do więzienia i to uwaga przez miniaturowe domki wioski Flobie! (Nie mam pojęcia co to dokładnie jest, domyślam się, że coś w stylu wioski smerfów). Tak więc to nie koniec nieszczęścia w tym opowiadaniu, ale żeby zbyt wiele nie zdradzać powiem jeszcze tylko, że jej pociąg utknął w ogromnej śnieżycy, a nasza bohaterka trafia do Gracetown.

Drugie opowiadanie ma tytuł Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy godny tylko Greena. Już się do nich przyzwyczaiłam, a tym razem chodzi o... Cheerleaderki! Jak już trwa śnieżyca trójka naszych bohaterów o imionach po raz kolejny godnych mistrza: Tobin, JP i Diuk jadą ratować przyjaciela, który utknął z całą zgrają pomponów. I tutaj po raz kolejny w książce Greena znajdujemy osobę z innego kontynentu. Jak w Szukając Alaski był to Japończyk, tu mamy Koreańczyków. Jest to chyba najkrótsze opowiadanie w tej książce, jednak wciąga. W każdym opowiadaniu mamy wątek miłosny, który jednak nie przyćmiewa wszystkiego innego. Najbardziej w historii Green'a spodobało mi się słowo "Upośladek" którego używał jeden z bohaterów. Chyba trafi ono do mojego słowniczka, ponieważ niektórzy to naprawdę upośladki.

Ostatnie opowiadanie Święta Patronka Świnek było najbardziej irytującą historią jaką czytałam w tym roku. Chyba mnie bardziej denerwowało niż Szeptem. Nie wiem dlaczego, ale po prostu nie mogłam skończyć tej książki właśnie przez tą historię, a właściwie przez główną bohaterkę, Addie. Domyślam się, że taki właśnie miała mieć charakter ta bohaterka, ale przysięgam trafiał mnie już po prostu szlag. Ciągle wszystko musiało się kręcić wokół niej. Była miejscami po prostu głupia. Najpierw sama narozrabiała, później na siłę wmówiła wszystkim, że to jej wina, a później się nad sobą użalała. No kompletnie nie mój klimat. Wiadomo, że musiał zdarzyć się Bożonarodzeniowy Cud, który jak najbardziej przydał się tej bohaterce, ale naprawdę to opowiadanie było dla mnie po prostu nudne. Jak już się trochę wciągnęłam to już był koniec, więc niestety ale uważam, że  jest to najsłabsze ogniwo tej książki.

Jednak oceniając książkę jako całość, jest jedną z dość nielicznych typowo świątecznych książek. Kogoś może przerazić, że są to historie o miłości, jednak naprawdę warto to przeczytać, bo graniczy z cudem się przy niej nie pośmiać czy uśmiechnąć. Czytanie tej książki było przyjemnością (Pominę ostatnią historię. Nie będę skreślać całej książki przez to, że Addie była upośladkiem) Jestem wręcz pewna, że będę do niej wracać w każde święta. Może będzie to nawet taka mała tradycja i będę polecać tę książkę każdemu i niekoniecznie tylko fanom Greena, bo jak widać są tu inni autorzy.

Wiem, że się trochę rozpisałam jednak jeszcze na koniec: Naprawdę gorąco polecam tę książkę. Jeśli chcecie poczuć klimat świąt, jeśli chcecie oderwać się od rzeczywistości, lub po prostu chcecie przeczytać coś dobrego ta pozycja jest dla was. A jeśli już czytaliście, jakie są wasze wrażenia?


"Blasku życia zawsze towarzyszą cienie."

Ocena:
6.5/10

niedziela, 7 grudnia 2014

#11 Love, Rosie - Cecelia Ahern ~Lily


Możecie mnie zlinczować, zamordować i co tylko chcecie, jestem na to gotowa. Obiecałam sobie, że ten post pojawi się w weekend. Tak, mamy weekend, ale niestety nie ten co myślałam. Nawet nie wiem kiedy ten tydzień zleciał. Dopiero kilka dni temu dowiedziałam się, że po świętach już jest koniec semestru, tak więc teraz mam po 3 sprawdziany dziennie i moją aktualną lekturą jest grubaśny zbiór zadań z matematyki rozszerzonej oraz inne takie cegły, których gorąco NIE POLECAM.
via. tumblr
W piątek, kiedy już ta recenzja była gotowa do polskich kin trafiło Love, Rosie z moją kochaną Lily Collins w roli głównej! Ale oczywiście przed filmem wypada przeczytać książkę. Tak więc specjalnie polowałam na filmową okładkę przez co późno przeczytałam tę książkę. Nowe wydanie miało premierę w środę ale ja miałam to szczęście mieć ją tydzień wcześniej, przez co weekend upłynął pod piórem Cecilii Ahern.
Przechodząc do głównego tematu, przed wami recenzja Love, Rosie lub Na Końcu Tęczy, jak kto woli.
Książka w pięknej okładce, ale no to jest jak najbardziej subiektywna opinia, ale po prostu uwielbiam Lily i Sama, którego możecie znać z roli Finnick'a z Igrzysk Śmierci. Gdy otworzymy tą książkę, no to możemy się trochę zdziwić, ponieważ całość napisana jest w formie listów, maili, sms'ów itp. Muszę się przyznać, że na początku mnie to strasznie irytowało, nie mogłam się do tego przyzwyczaić, jednak teraz uważam, że jest to całkiem świetny pomysł. Dzięki temu lepiej poznajemy bohaterów. Oczywiście trzeba umieć pisać w takiej formie, jednak Cecilia Ahern jak najbardziej to potrafi.

Tytułowa Rosie, to oczywiście nasza główna bohaterka. Poznajemy ją jak i zarówno Alexa jako dzieci. Razem z nimi dojrzewamy, chociaż jak dla mnie w zbyt szybkim tempie. Książka tak wciąga, że wystarczy mrugnięcie okiem, a nasi bohaterowie już są dorośli, jednak ich życie nie jest usłane różami, przynajmniej nie życie Rosie.

Rosie i Alex byli nierozłączni przez całe swoje życie, aż pewnego dnia, rodzicie Alexa przeprowadzają się do Bostonu a on razem z nimi, podczas gdy Rosie zostaje w Dublinie. Wydawać by się mogło, że w tak nowoczesnych czasach odległość nie stanowi problemu. Rosie chciała studiować w Bostonie jednak pewna mała osóbka pokrzyżowała całe jej plany.
W czasie gdy Alex studiuje w Harvardzie, Rosie staje się nastoletnią mamą. Kiedy Alex spełnia marzenia i zostaje kardiochirurgiem Rosie dorabia pieniądze, by zapewnić w miarę przyzwoity los Katie. W czasie gdy myśli, że wszystkie jej marzenia przepadły nie zauważa, że to co niemożliwe stało się całkiem naturalną rzeczą. Bała się być mamą, jednak przezwyciężając wszystko Katie stała się jej całym światem.

Nie chcę więcej mówić na temat fabuły. Pewnie pomyślicie, że jest banalna, albo nijaka jednak wcale taka nie jest. Rosie, choć czasem nieziemsko irytująca, jest przykładem silnej osoby. Udowodniła, że nie można rezygnować z marzeń, bo mogą się one spełnić nawet i za 50 lat. Czasami gdy osiągnie się cel, wygląda on inaczej niż się tego spodziewaliśmy, ale jednak tego dokonaliśmy. Tego dokonała Rosie i to wielu trudach.

Całe życie mijała się z Alexem mimo, że przecież oboje się kochali. Czasami miałam okazję zdzielić Alexa książką po głowie (gdyby oczywiście było to możliwe) że jest taki głupi i ślepy. Przez większość czytania było błagalne wręcz "no bądźcie razem, no bądźcie razem, no powiedz to, no zrób to". Ale uwierzcie, oni powinni być razem! Gdy jedno z nich brało ślub miałam ochotę rzucić tę książkę w najodleglejszy kąt i tupać nogami na znak protestu. Jak na moje nieszczęście ślubów nie brakowało. Po prostu działo się wszystko przeciwko mnie. Gdy jedno brało ślub, drugiemu waliło się życie, gdy już wydawało się że może będą wreszcie razem to wyskakiwało znów coś nieprzewidywalnego.

Większość książki jest utrzymana w dość smutnym, wzruszającym nastroju. Kiedy jedno się układało, coś innego się waliło. Z czasem zrozumiałam, że Katie jest swego rodzaju Rosie. Podobnie wyglądało jej życie, niektóre sytuacje były skopiowane w czasie, jednak nie popełniła już tych samych błędów co Rosie.

Nie wiem co jeszcze powiedzieć o tej książce. Mam wrażenie, że co bym nie napisała, to nie odda to magii tej książki, ale uwierzcie, jest to moja kolejna próba tej recenzji i za każdym razem mam wrażenie, że ją zaniżam. Wydaje mi się taka banalna, tak, historia nie jest specjalnie oryginalna, ale sposób w jaki są wykreowane postacie, jakie sytuacje stają na ich drodze są naprawdę wciągające. Z łatwością mogłam wcielić się w role bohaterów, przez co trudno było mnie odciągnąć od czytania, co koniec końców skończyło się tym, że całość przeczytałam w może 4 godziny. A warto napomknąć, że książka ta ma ponad 500 stron, co nie jest wcale tak mało. Więc to chyba samo przez się potwierdza, że ta książka ma w sobie to "coś" chociaż bardziej skierowane do starszych czytelników niż nastolatków, jednak mi się bardzo spodobała. Mogę powiedzieć, że to jedna z najlepszych pozycji jakie przeczytałam w tym roku. (Tak, zanosi się na podsumowanie roku, przez co myślę nad założeniem vloga. Co o tym myślicie? Będziecie mnie odwiedzać?)
Piszcie co o wszystkim myślicie, a jeśli nie wiecie czy sięgnąć po tą książkę czy nie, SIĘGNIJCIE KONIECZNIE! I przy okazji zdzielcie Alexa po głowie ;)

"Teraz już wiem na pewno, że tam, na końcu tęczy, czeka na mnie spełnienie marzeń."

A tak na koniec. Wczoraj były mikołajki i miałam okazję być na tym filmie w kinie, za co dziękuję mojej przyjaciółce. Film jest fenomenalny jednak bardziej oparty na książce. Na pewno nie nazwałabym tego ekranizacją książki, ale z drugiej strony co się dziwić, gdy ta historia jest napisana w taki specyficzny sposób. Brakowało mi kilku postaci w filmie i żałowałam, że niektórych scen nie było, lub łączyli dwie postacie w jedną. Nie trawiłam Grega jednak łączyć go w jedno z Brianem Marudą to jednak kiepski pomysł, tym bardziej, że aktor był zbyt przystojny jak na nich ;) Mimo wszystko warto na film się wybrać. Gorąco polecam, a Lily i Sam jako Rosie i Alex to po prostu coś niesamowitego, numer #1 w śród filmowych par tego roku! Ale cóż, w tej kwestii nie będę obiektywna bo jak wiecie uwielbiam Dary Anioła i Igrzyska Śmierci, a Clary i Finnick to moje kochane postacie i do tego tacy aktorzy, że jako ogromna fanka jaram się tym, że zagrali razem i to jeszcze tak dobrze. Tak więc już ostatnie zdanie: gorąco polecam i książkę i film.

"Pozostawiłam więc moją cudowną, inteligentną rodzinę, zanurzyłam się w ciepłej kąpieli i zaczęłam rozważać samobójstwo przez utopienie. Potem jednak przypomniałam sobie o resztkach ciasta czekoladowego w lodówce i wynurzyłam się, nabierając powietrza w płuca. Dla niektórych rzeczy warto żyć."


Ocena:
9/10

niedziela, 23 listopada 2014

#10 Marina - Carlos Ruiz Zafón ~Lily


Przepraszam, za  chwilową nieobecność na blogu jednak szkoła pochłonęła mnie w ostatnich dniach, tak że nawet nie wiem, kiedy ten czas tak szybko zleciał.


Dzisiaj książka, którą przeczytałam już jakiś czas temu. Na lekcji polskiego mieliśmy przedstawić jakąś książkę na wakacje i ze wszystkich prezentowanych tylko ta zwróciła moją uwagę. Już wtedy wiedziałam, że to będzie dobra lektura jednak nie wiedziałam, że wzbudzi aż tyle emocji.

Marina była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Zafóna jednak nie ostatnim. Po skończeniu tej książki wiedziałam, że muszę sięgnąć po następne, ponieważ jest w tych powieściach coś specjalnego, co nie pozwala się od nich oderwać, a tym bardziej o nich zapomnieć.

Jest to literatura hiszpańska. Akcja dzieje się w Barcelonie, a opisy tego miasta, (mimo że akcja dzieje się kilkadziesiąt lat temu) sprawiają, że chcemy tam pojechać i podążać ścieżkami bohaterów.

Głównym bohaterem Mariny jest Oscar Drai oraz pewna dziewczyna imieniem Marina, która mieszka w starej, zapomnianej i opuszczonej dzielnicy Sarria. Książka zaczyna się niewinnie. Oscar po zajęciach wymyka się z internatu jak to zazwyczaj robi i spaceruje po opuszczonych ulicach, aż owiewa go nieziemska muzyka. Jak wiadomo ciekawość zwycięża i wchodząc do nieznajomego domu znajduje stary zegarek, który zatrzymał się na pewnej godzinie. Kiedy jednak chłopak zauważa tajemniczą postać idącą w jego kierunku, ucieka, dopiero później orientując się, że w ręce nadal trzyma zegarek.

I tak to się zaczęło. Ścieżki bohaterów nieodwracalnie się łączą. Razem prowadzą dwójkę młodych ludzi na ślad damy w czerni, która w trzecią niedzielę każdego miesiąca kładzie różę na tajemniczym nagrobku, na którym jest tylko czarny wizerunek motyla.


"-Tutaj nic nie ma. Nic a nic.
Marina obrzuciła mnie zagadkowym spojrzeniem.

-Mylisz się. Tu aż się roi od wspomnień setek osób. Spotkać tu możesz całe ich życie, ich uczucia, ich nadzieje i brak nadziei, nieziszczone marzenia, rozczarowania i porażki, nieodwzajemnione miłości, które przysporzyły im cierpień. Wszystko, kiedyś przerwane, wciąż tu jest."


"W trakcie pisania wszystko w opowiadanej przeze mnie historii stawało się jednym wielkim pożegnaniem, a kiedy już ja kończyłem, narastało we mnie wrażenie, że coś bardzo mojego, coś, czego do dziś nie potrafię nazwać, ale czego mi ciągle brakuje, zostało tam na zawsze."

Sam autor przyznał, że pisząc tę powieść wiedział, że to jego pożegnanie z książkami dla młodzieży, dlatego historia ta potrafi wciągnąć każdego, niezależnie od wieku. 

Zaczynając czytać tę książkę, nie przypuszczałam, że nieraz zmrozi moje nerwy. Bywały momenty, że musiałam odłożyć książkę, by dojść do siebie, ponieważ nie brak w niej niby na pozór zwykłych manekinów, które jednak po zabraniu rzeczy należących do nich przestają być nieruchomymi ciałami bez życia. Zwykła historia sprzed lat przestaje być tylko zabawą, w odkrycie tajemnicy, ale staje się walką o życie nie tylko swoje, ale ukochanych nam osób. Nie wszystko co umarło musiało odejść na zawsze.

Biorąc tą książkę do ręki przepadłam na kilka godzin. Na kilka godzin, w których umierałam ze strachu, w których płakałam za bohaterami, oraz z niesprawiedliwości, że takie niewinne osoby, spotyka tak okrutny los. 

Książka dla tych co lubią sięgnąć po coś innego. Książka z nutą zagadek i tajemnicy. Książka o przyjaźni i poświęceniu. Po prostu książka idealna. 

"Czasami to co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni. Wspominamy tylko to co nigdy się nie wydarzyło"

"Czas robi z ciałem to samo co głupota z duszą"

„Zni­kają tyl­ko ci, którzy mają dokąd wrócić”. 

"Kto nie wie dokąd zmierza nigdy nigdzie nie dojdzie."

"Ocean cza­su - chce­my czy nie - zaw­sze zwra­ca nam to, co w nim kiedyś pogrzebaliśmy."


Ocena:
9/10



wtorek, 11 listopada 2014

#9 Biała jak Mleko Czerwona jak Krew - Alessandro D'Avenia ~Lily

via. tumblr
Dzisiaj książka, którą chciałam przeczytać już kilka lat temu, ale jednak nie mogłam się za nią zabrać.
Od samego początku intrygował mnie tytuł Biała jak Mleko Czerwona jak Krew.
Dość dziwny tytuł jak książkę, nie uważacie?
Jednak idealnie opisuje Beatrice. Dziewczynę, wokół której kręci się życie Leo. Chłopaka, który postrzega świat jako kolory. Miłość czerwona, Silvia - jego przyjaciółka niebieska i biel, jako najstraszniejszy kolor.
Kolor pustki, kolor choroby, która zabijała centrum jego wszechświata.

Książka jest dość nietypowa. Na początku nie potrafiłam przyzwyczaić się do narracji jednak później zrozumiałam, że jest to tak jakby forma dziennika/pamiętnika Leo. Chciał spisać swoje życie, zostać pisarzem i wreszcie udało mu się to dokonać. Rozdziały są bardzo krótkie, ale oddzielają właśnie poszczególne dni, co sprawia, że czyta się szybko, jednak nie potrafiłabym przeczytać tej historii jednym tchem. Nie raz musiałam sobie zrobić przerwę.

"Widok Twoich pleców nigdy nie będzie dla mnie tym samym co widok pleców innych ludzi. Kiedy Ty się ode mnie odwracasz, czuję się, jakby życie się ode mnie odwróciło."

Leo jako licealista nienawidzi swojej szkoły a w szczególności nowego nauczyciela historii i filozofii, który potrafił zainteresować go lekcją. Potrafił sprawić, że młody człowiek zaczął szukać swojego marzenia. Jednak gdy już je znalazł okazało się, że z każdym dniem biała choroba odbiera mu szansę na jego spełnienie.

"...gdy w grę wchodzi miłość, ludzie czasami zachowują się po prostu głupio. Popełniają błędy, ale to nie znaczy, że się starają. Należy martwić się raczej, gdy ten , o kim myślisz, ze cię kocha, nie rani cię, bo to oznacza, ze przestał się starać albo że tobie już na nim nie zależy."

Love story - nie jestem fanką takich książek, może dlatego aż tak bardzo nie zrobiła na mnie wrażenia. Po prostu nie przepadam za historiami, gdzie miłość to główny wątek i wszystko wokół niego się kręci.
Można powiedzieć jednak, że ta książka nie jest zwykłym romansidłem. Leo myśli, że jest tak zakochany w dziewczynie chorej na białaczkę, że nie zauważa, że przyjaźń nie musi być tylko przyjaźnią. Miejscami miałam ochotę zdzielić tego chłopaka książką po głowie, za to, że nie zauważa uczucia jakim żywi go przyjaciółka.


"Tak to już jest na tym świecie, że nie zauważa się tego, co ma się najbliżej"

Leo jest przykładem osoby, która mogłaby oddać życie, by uratować ukochaną osobę. Jednak czasami nie możemy zrobić nic, aby uniknąć śmierci. Beatrice uczy nas, że z czasem jesteśmy w stanie przyjąć wszytko. Czytając ogarnia nas niesprawiedliwość, że niektórym ludziom dane jest tak mało czasu. Podczas gdy niektórzy mają wszystko, niektórym nawet marzenia zostają odebrane, gdy rozumieją, że każdy dzień może być tym ostatnim.

"Nie wyrzekaj się swoich marzeń! Nawet wtedy, gdy inni śmieją się z ciebie za plecami. Wyrzekłbyś się samego siebie."

Książka jest piękna, przyznaję, że popłakałam się czytając ją, jednak dla mnie nie ma tego "czegoś" co sprawia, że nie mogę przestać o niej myśleć. Będę jednak do niej często wracać, bo jest wiele pięknych cytatów, które uczą nas jak żyć. Udowadniają, że warto marzyć, bo czasami marzenia to jedyne co nam zostaje. Na pewno skłamałabym mówiąc, że żałuję, że przeczytałam tę książkę. Polecam każdej osobie, która lubi czasem sięgnąć po coś niezwykłego w swojej prostocie.

"Miłość istnieje nie po to, by dać nam szczęście ale po to, 
byśmy mogli sprawdzić, jak silna jest nasza odporność na ból."

"Życie się nie myli, jeżeli serce ma odwagę je zaakceptować."

"Delikatni jak liście i silni - nie każdy swoją siłą, ale siłą, jaką jedno daje drugiemu."


"Życie bez marzeń jest jak ogród bez kwiatów, ale życie z marzeniami nierealnymi jest jak ogród ze sztucznymi kwiatami."


Ocena:
9/10

środa, 5 listopada 2014

#8 Gwiazd Naszych Wina - John Green ~Lily

via. weheartit
Po raz kolejny John Green.
Nie wiem, czy powinnam pisać tą recenzję. Nie wiem czy jest w ogóle po co pisać. Czy istnieje osoba, które nie słyszała o Gwiazd Naszych Wina? Czy to w ogóle możliwe?
Jedna z najbardziej popularnych książek tego roku, przez którą nazwisko Green stało się hmm popularne? To za mało. John Green mistrz pióra i zakończeń właściwie bez zakończenia, bo to my piszemy końcówkę historii. Od nas zależy co się stanie z bohaterami...

John Green światowy autor, światowych bestsellerów.


"Moje idee to gwiazdy, których nie potrafię ułożyć w konstelacje."


Nie będę się rozpisywać o czym ta książka jest. Hazel dziewczyna chora na raka, Augustus "Gus" i Isaac. 
Trójkę bohaterów łączy choroba, ale mimo wszystko książka nie jest o śmierci, chorobie czy cierpieniu. 
To powieść o miłości dwóch młodych ludzi, których życie jest krótsze niż innych. Mimo wszystko pochłania od pierwszej strony. Nie da się od niej oderwać. Niektórzy wylewają hektolitry łez, a niektórzy tak jak ja nie są zdolni do okazania jakichkolwiek emocji. Po prostu ta książka wykręca uczucia.


"- Okay - powiedział, gdy minęła cała wieczność. - Może "okay" będzie naszym "zawsze".
- Okay - zgodziłam się."

Na początku roku moja przyjaciółka powiedziała mi o tej książce. Później zaczęłam spotykać się z samymi dobrymi słowami na jej temat, aż jadąc wiosną do Hiszpanii pożyczyłam tę książkę i skończyłam czytać po kilku godzinach drogi, nawet nie zdążywszy przekroczyć granicy. Nie wychodziłam na postoje, aby tylko nie przerywać czytania. Już zaczynając, zdawałam sobie sprawę, że nie obejdzie się bez śmierci, ale nigdy bym nie przypuszczała, że z tylu osób akurat ta będzie pierwsza...
To wydawało się takie nie realne, aż literki zaczynały się zlewać. Nie wiem czy to od łez, czy to tak trzęsły mi się ręce.


"Świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń." 

Książka, o której nie da się zapomnieć.
Czytając ją miałam nadzieję, że kiedyś będę mogła pojechać do Holandii. Zobaczyć kraj tulipanów, posiedzieć nad kanałem w Amsterdamie. Spowodowały to niesamowite opisy, przez które czujemy się, jakbyśmy tam naprawdę byli. 

Nie wiem dlaczego tak bardzo pokochałam tę książkę. Ale wiem jedno. Jest naprawdę dobra. Spodobała się nawet mojej babci. Osobie, która uważała, że czytanie to strata czasu, a kupowanie książek to kompletne marnowanie pieniędzy. Jednak gdy zobaczyła tę książkę, zaczęła ją czytać. Po raz pierwszy wciągnęła się tak, że zmieniła zdanie. Uwierzcie mi, ale to tylko potwierdza fenomen tej książki. Ta powieść łączy ludzi. Sprawia, że starsi i młodsi zaczynają czytać.


"Czasami trafiasz na książkę, która przepełnia cię dziwną ewangeliczną gorliwością oraz niezachwianą pewnością, że roztrzaskany na kawałki świat nigdy już nie będzie stanowił całości, dopóki wszyscy żyjący ludzie jej nie przeczytają. Ale są też dzieła takie jak to, o których możesz opowiadać innym, książki tak rzadkie i wyjątkowe, i twoje, że dzielenie się nimi wydaje się niemalże zdradą."

Cieszę się, że miałam tą przyjemność przeczytać książkę zanim wyszedł film, który widziałam kilka miesięcy po premierze. Jednak pisząc, warto wspomnieć, że film to także kawał dobrej roboty. Po raz pierwszy można to nazwać ekranizacją książki, a nie historią opartą na książce, a uwierzcie mi, że jest miedzy tym różnica. Sama ścieżka dźwiękowa jest niesamowita. Piosenki Ed'a Sheeran'a, Toma Odell'a, Birdy oddają klimat całej historii.
Historii która podbiła serca czytelników na całym świecie. 

Ocena:
8/10

piątek, 31 października 2014

Zombie Apocalypse Book Tag ~Lily

HALLOWEEN
Wystawy sklepów są po przyozdabiane dyniami, pajęczynami, duszkami. Moja szkoła również przypomina mi, że dzisiaj Halloween dlatego postanowiłam zrobić coś, aby włączyć się do tego święta i chociaż troszeczkę poczuć upiorny klimat ;)
Tak więc z okazji Halloween stworzę własną drużynę do walki z zombie! 
To mój pierwszy TAG, ale jeżeli wam się taka forma postu spodoba, będę je robić częściej.

Zasady poznałam dzięki Czytanie Moim Tlenem a tak w skrócie to:
Wybieramy książki z których pochodzić będą członkowie naszej drużyny. Otwieramy książkę na losowej stronie i pierwsze imię jakie zobaczymy to nasz bohater! 
10 książek wybrała moja kochana mama (za co jej dziękuję) chociaż wiem, że wybrała niektóre książki tylko dlatego by mi podokuczać. 

Tak więc członkowie mojej drużyny pochodzą z:




Ulysses Moore Ukryte Miasto - Pierdomenico Baccalario

Dary Anioła Miasto Szkła - Cassandra Clare 

Wichrowe Wzgórza - Emily Bronte 

Kosogłos - Suzanne Collins 

Cień Wiatru - Carlos Ruiz Zafón 

Papierowe Miasta - John Green

Nevermore Kruk - Kelly Creagh

Drżenie - Maggie Stiefvater

Harry Potter i Komnata Tajemnic - J.K. Rowling

Zaćmienie - Stephenie Mayer 




1. Osoba, która zginie jako pierwsza
Padło na Cień Wiatru, a pierwszą osobą, którą zobaczyłam, był sam Julian Carax. Muszę przyznać, że szkoda mi go, bo gdyby nie on, nie byłoby całej akcji w tej książce. Tak więc jestem załamana, że musi zginąć jako pierwszy. RIP JULIAN CARAX

2. Osoba, której podstawię nogę, aby uciec przed zombie 
Na samym początku przepraszam tą osobę, ale no zważywszy na okoliczności, nie chcę być zjedzona! 
A wypadło na Wichrowe Wzgórza i jejku tak mi szkoda małego Haretona, ale to jemu podłożę nogę. Nie dość, że ma strasznego ojca to jeszcze teraz to. Mam nadzieję, że mi wybaczy...

3. Osoba, która jako pierwsza przemieni się w zombie
Tym nieszczęśnikiem jest Ron! Zawsze pod górkę i teraz nie ma łatwo, ale i tak cię kocham Ron!

4. Osoba, która mi podstawi nogę, aby uciec przed zombie
Jak to mówią karma wraca, tak więc na mojej drodze stanie noga Isobel z Nevermore!
Nie powiem, że mnie to nie dziwi, w końcu cheerleaderka powinna mieć dobrą koordynację ;)

5. Drużynowy Idiota
Oj nie zgadzam się! Ona powinna być mózgiem drużyny a nie idiotą! 
Moja ulubiona książka Greena czyt. Papierowe Miasta i padło na samą Margo :( 

6. Mózg Drużyny 
Tym razem wylosowałam Alice z Zaćmienia. Moja ulubiona postać z tej serii, jednak osobiście nie należę do fanek Zmierzchu, chociaż książki nie są aż takie złe jak film, którego nie trawię przez aktorów. Jednak Alice była mądra i miała swój dar, dlatego może zostać mózgiem mojej drużyny.

7. Drużynowy Medyk
A medykiem zostaje sam Finnick Odair! Osobiście nie wiem, czy nadaje się do tej roli, jednak uwielbiam go i aktora, który go gra, tak więc jestem na tak.

8. Awanturnik drużyny 
Nie mogło zabraknąć mojej ukochanej serii i jednej z moich ulubionych części (tu akurat mama miała nosa)
No i otwierając Miasto Szkła padło na Hodge'a. Tu też uważam, że pasowałby do punktu wyżej, jednak jakby dłużej pomyśleć to i do awanturnika można go zaliczyć.


9. Ekspert od spraw broni
Czytałam Drżenie już dawno i wiem, że było mi strasznie żal Beck'a jednak jako głowa stada powinien się sprawdzić w roli eksperta od broni.

10. Kapitan Drużyny
Już ostatnia książka się została. Ostatnia tutaj, ale to od niej zaczęła się moja przygoda z czytaniem. Gdyby nie Ulysses Moore nie pisałabym tu dzisiaj, tak więc kapitanem drużyny zostaje Jason! Jest jeszcze dzieckiem, jednak nie raz udowodnił swoją odwagę, dlatego trzeba dać mu szansę w tej roli.

Tak więc moja drużyna już w komplecie. Myślę, że dobrze ta inwazja by się dla nas nie skończyła,
ale kto wie, może nie będzie aż tak źle? Tak więc, skompletujcie wasze drużyny i podzielcie się waszymi wrażeniami ;) Wesołego Halloween i nie dajcie się Zombie! 


środa, 29 października 2014

#7 Hopeless - Colleen Hover ~Lily


Hopeless czyli beznadziejny.

To jedyne słowo, jakie przychodziło mi za każdym razem, gdy pisałam recenzję tej książki. Wymazywałam wszystko i zaczynałam od nowa, bo były po prostu beznadziejne. Chyba nic nie jest w stanie oddać jak bardzo ta książka mnie oczarowała, zniszczyła a może nawet zmiażdżyła. Moje uczucia zostały po prostu wyprane i wykręcone do ostatniej kropelki łez. W pewnym momencie nie szło już po prostu ze mnie nic wycisnąć. 


HOPELESS

Już gdy zobaczyłam okładkę wiedziałam, że ta książka to będzie coś innego. Kolejną rzeczą która mnie oczarowała to tytuł, który jak widać jest po angielsku, co nie często się u nas zdarza. Gdy przeczytałam, co inni o tej książce myślą, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Już od lipca na nią polowałam, aż w końcu wpadła w moje ręce. I mogę z czystym sercem powiedzieć, że warto było czekać. 

Sky główna bohaterka jest inna niż wszystkie dotychczasowe bohaterki jakie spotkałam. Dziewczyna, która nie ma w domu żadnych nowinek technicznych: telewizora, komputera, telefonu ani internetu. W końcu przekonuje mamę, by mogła iść do liceum. To już jest dziwne bo kto chciałby iść do szkoły?

Polubiłam Sky za to, że nie przejmowała się tym, co inni o niej myślą. Miała dystans do samej siebie i nawet gdy znajdowała obraźliwe komentarze na swojej szafce, dopisywała na nich "pikantniejsze" szczegóły, bo ludzie potrafili tylko wyzywać, nawet tego nie uzasadniając. Polubiłam ją za to, że nie przejmowała się przeszłością, za to że potrafiła zaakceptować to, że jest adoptowana i nie drążyć rzeczy z przeszłości. 

Holder. Chłopak, którego pokochałam za to, że po tylu latach ciągle szukał nadziei. Nigdy jej nie stracił, bo wiedział, że w końcu odnajdzie to czego szuka. Na początku oceniłam go tak samo jak Sky. Uwierzyłam w plotki o nim, lecz bardzo się przy tym myliłam. Nie wszystko co jest oczywiste musi być prawdziwe. 
Jeden chłopak, który w wieku kilku lat widział, jak porwano jego przyjaciółkę i którego siostra popełniła samobójstwo. Obwinia się, że zawiódł dwie ukochane w życiu osoby, nie wiedząc jakie czarne wydarzenia działy się w ich życiu.

"Hope i Les - szepcze. - Hopeless. - Znów się śmieje, po czym wstaje.
- Słyszycie? - krzyczy, przykładając dłonie do ust.
- Razem jesteście Hopeless: beznadziejne!"

Książka tak piękna i wzruszająca, jakiej nigdy jeszcze nie czytałam. Może na pozór zwykła historyjka, która jednak ma drugie dno. Porusza nie łatwe problemy, z którymi większość z nas by sobie nie poradziła. Lecz gdy mamy kogoś bliskiego wszystko wygląda inaczej. 
Można wtedy nawet odzyskać utraconą przez lata Nadzieję.


"Wmawiam sobie, że to był tylko zły sen i oddycham. Oddycham po to, żeby się upewnić, że jeszcze żyję, ponieważ to wcale nie wygląda na życie."

"Nie będę życzyć sobie idealnego życia. Rzeczy, które przewracają się w życiu są testami, zmuszają cię do wybrania pomiędzy poddaniem się i leżeniem na ziemi, a otarciem kurzu i powstaniem jeszcze wyżej niż stałeś zanim zostałeś przewrócony.
Wybieram stanie wyżej"

Nie chcę opisywać tych wydarzeń, bo chcę byście sami je odkryli. Jedynie proszę zaufajcie mi.
Przeczytajcie tę książkę, a nie będziecie żałować.


"Była najodważniejszą osobą, jaką znałem.  To, co zrobiła, wymagało olbrzymiej odwagi.
Po prostu zakończyła to wszystko, nie wiedząc, co jest po drugiej stronie,
nie wiedząc, czy w ogóle coś jest.
O wiele łatwiej wieść życie, w którym nie pozostało ani odrobiny prawdziwego życia,
niż onieśmielić się powiedzieć "pieprzę to" i odejść.
Była jedną z tych niewielu osób, które odważyły się to zrobić.
Będę ją podziwiał do końca swoich dni.
Sam nie mam tyle odwagi, żeby zrobić to co ona"


Ocena:
9/10


wtorek, 21 października 2014

#6 Nevermore Kruk - Kelly Creagh ~Lily

via. tumblr
Książka ta wpadła w moje ręce całkiem przypadkiem. Chciałam ją przeczytać już dwa lata temu, jednak ciągle odkładałam jej zakup, aż w księgarni nie było nic innego, co przykułoby moją uwagę.

NEVERMORE KRUK - KELLY CREAGH
Muszę przyznać, że gdy zaczęłam czytać moją pierwszą myślą było "O matko na co ja zmarnowałam 40zł?" Naprawdę, gdy tylko dowiedziałam się, że główni bohaterowie z dwóch różnych sfer poznają się w szkole, podczas wspólnego projektu, westchnęłam z rezygnacją.

Pomyślałam, że to kolejna tandetna historyjka, jednak jak złudne było moje pierwsze wrażenie.
Dzięki Bogu ta książka różni się od Szeptem, które miałam nieszczęście czytać jakiś czas temu.

Tak więc wybaczę (a może i nie?) wydawnictwu spolszczenie słowa "cheerleaderka." Przysięgam, to jedyne do czego mogę się w tej książce przyczepić, ale no czirliderka? To słowo aż błaga by pozostało w angielskiej formie. No ale przynajmniej mam się czego przyczepić. Będą same ochy i achy, ale musicie mi wierzyć, ta książka jest niesamowita! Trafiła w sam środek mojego czytelniczego serca. Po raz pierwszy zetknęłam się z motywem snów, dodając do tego twórczość Edgara Allana Poe'go nieprzespane noce zagwarantowane. Jednak nawet siłą nie można było mnie oderwać od tej książki.

"Jedyny sposób, żeby zyskać władzę nad tym, co się z tobą dzieje w świecie snu,
jest uświadomienie sobie, że śnisz."

Varen (uwaga) ku zdziwieniu nie jest postacią nadnaturalną! Nie wampir, nie wilkołak, anioł czy co tam jeszcze teraz króluje w powieściach młodzieżowych. Normalny, no prawie normalny chłopak, chociaż zależy co kto lubi. W każdym razie got, a Isobel to jedna z najlepszych cheerleaderek w szkole. (Wow wreszcie nie zakompleksiona nastolatka, z problemami z myśleniem i koordynacją ruchową).

Zaczyna się niewinnie, niby proste wypracowanie z literatury, które jednak później przerodzi się w walkę nie tylko o ocenę. Kiedy Isobel poznaje Varena nie spodziewa się, że to on napisze zakończenie tej historii. Dziewczyna zaczyna czytać jedno z opowiadań Poe'go o Śmierci Szkarłatnej i wtedy zaczyna dostrzegać rzeczy, które nie należą do jej świata. Sny zaczynają być rzeczywistością, oba światy się ze sobą łączą.

Dziewczyna posiadająca przyjaciół, chłopaka, pasję nagle traci wszystko. Zazdrość potrafi wszystko zniszczyć, jednak wtedy to nie jest największym problemem Isobel. Jak to mówią prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Nie wiadomo jakby zakończyła się ta historia gdyby właśnie na drodze Isobel nie pojawiła się Gwen. Dziwaczka, a jednak jedyna osoba która była przy niej gdy wszyscy się odwrócili.
Jedno słowo zapisane pięknym pismem Varena, może zmienić całą historię, może zmienić życie Isobel.

"Teraz pisze zakończenie opowieści. która po głuchej nocy – w zbyt późnej godzinie – toczy się dalej sama, bez jego udziału. Teraz już wie, że zawsze miała się tak skończyć."

"I nawet jeśli rozpadlina, która teraz się między nimi rozciągała, sięgała aż za granice czasu i przestrzeni, snów i rzeczywistości, nadal musiała wierzyć, ze istnieje sposób, by ją przebyć, by dotrzymać obietnicy. Musi istnieć."

Kiedy on zaczyna o niej śnić, dziewczyna staje w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wkrótce Varen nie będzie tylko osobą z którą przygotowuje szkolny projekt. Będzie osobą, za którą będzie gotowa poświęcić życie. Będzie osobą dla której stawi czoło tej, przed którą wszyscy ją przestrzegali, bo tylko ten do kogo sen należy, potrafi zmienić bieg jego wydarzeń. Czy uda jej się uratować chłopaka? Czy dotrzyma danej mu obietnicy i zapobiegnie powtórzeniu historii Poe'go? Ma czas zanim zegar wybije północ. Tic Tac...

"Nie ma nic z wyjątkiem cierpienia i żalu, gdy myślimy o rzeczach i ludziach,
których nie
możemy mieć, o możliwościach, których nie zyskamy."

Ja, wielbicielka historii bez happy endów, ryczałam na zakończeniu jak bóbr. Nie wierzyłam, nadal nie wierzę, że tak to się zakończyło. Gdyby nie świadomość, że jest kolejna część, chyba bym po prostu umarła z rozpaczy. Uwielbiam nie happy endy ale to? W życiu bym się tego nie spodziewała. Należę do osób, które znajdują "happy end" nawet tam gdzie ich nie ma, potrafię znaleźć promyk światła w śmierci bohaterów, ale po przeczytaniu tej książki myślę, że moje umiejętności gdzieś wyparowały, bo nie potrafię, nie potrafię zrobić nic więcej niż płakać i drzeć się do poduszki mimo późnej nocy.
Jeżeli coś dodać, to tylko: POLECAM.

Ocena:
10/10 

piątek, 17 października 2014

#5 Szukając Alaski - John Green ~Lily

via. tumblr
Szukając Alaski czyli John Green i jak zmiażdżyć czytelnika.

Chciałam tą recenzję napisać zaraz po skończeniu tej książki. Jednak minęły już dwa dni, a ja siedzę w Wordzie patrząc na pustą stronę i nie mogę kompletnie nic napisać. Nie wiem od czego zacząć. Czuje się po prostu zmiażdżona. Do ostatniej strony miałam nadzieję, że jeszcze autor napisze, że to był jeden wielki żart. Kolejny kawał głównej bohaterki. Zawiodłam się. Zawiodłam się ale w pozytywnym sensie. Książka jest piękna, chociaż to za mało. Jest trudną powieścią, mocną historią z charakterem. Jednak zawiodłam się na sobie. Przez całą część "PO" miałam nadzieję, że to wszytko skończy się inaczej. Byłam tak wstrząśnięta, że nawet nie potrafiłam płakać.


Zaczyna się całkiem niewinnie. Miles zwany później "Klucha" wyjeżdża do szkoły z internatem w poszukiwaniu "Wielkiego Być Może" Prowadzi nudne życie, takie jak większość nastolatków. W szkole poznaje Pułkownika, Takumiego i Alaskę. Znajduje prawdziwych przyjaciół. Można by pomyśleć, że co to za przyjaciele, przez których prawie ginie... co to za przyjaciele, przez których zaczyna pić i palić...
Jednak dzięki nim zaczyna rozumieć życie. Nie można o nich źle mówić. Uczą się dobrze, pomagają sobie nawzajem.
Jednak gdy bliżej poznajemy tytułową Alaskę widzimy, że jej życie nie jest takie wspaniałe. Zauważamy, że za jej sarkazmem i zmiennym nastrojem kryją się straszne wydarzenia z przeszłości. Wydarzenia, przez które jej życie jest "labiryntem cierpienia" z którego chce wyjść "prosto i szybko".
Czy jej się to uda? Czy przyjaciołom uda się ją odnaleźć?

„Jak wydostać się z tego labiryntu cierpienia?”

Książka ta porusza wiele kwestii: pierwsza miłość, śmierć, utrata bliskich, prawdziwa przyjaźń.

Mimo, że jest to dramat czyta się bardzo lekko. Warto wspomnieć, że jest to debiutowa powieść Green'a. Już na samym początku miażdży czytelników. Nie możemy się więc dziwić, że i następne jego powieści zdobywają tak ogromną popularność.
Pierwsza i jak na razie jego najtrudniejsza powieść.
Aby ją zrozumieć nie wystarczy jej po przeczytać. Trzeba się skupić i pomyśleć. Spróbować wcielić się w postacie.

"Spędzasz całe swoje życie w labiryncie, zastanawiając się, jak któregoś dnia z niego uciekniesz i jakie niesamowite to będzie uczucie, wmawiając sobie, że przyszłość pomaga ci przetrwać, ale nigdy tego nie robisz. Wykorzystujesz przyszłość, aby uciec od teraźniejszości."


Książka tak zwyczajna, że aż nadzwyczajna. Po raz kolejny, a właściwie po raz pierwszy John Green daje nam, czytelnikom ostatnie słowo. To od nas zależy jak zinterpretujemy zachowania i poczynania bohaterów. Od nas zależy jakie wnioski z niej wyciągniemy. Uczy ale to od nas zależy czego się nauczymy. Autor zostawia przestrzeń, w której w zależności od przeżyć każdego z nas, dostaniemy coś innego. Pomimo, że bohaterowie jak zwykle są nastolatkami, poruszają problemy takie, że i dorosły czytelnik się nie zawiedzie. Wszystko zależy od nas...

"Bardziej niż cokolwiek innego bolała mnie niesprawiedliwość,
bezsporna niesprawiedliwość faktu, że można kochać kogoś,
kto mógł odwzajemnić twoją miłość, ale już nie może,
bo jest po prostu martwy."


"W którymś momencie po prostu pociągasz za plaster i boli,
ale za chwilę jest już po wszystkim
i czujesz ulgę"



Ocena:
9/10