sobota, 17 grudnia 2016

Baśń XXI wieku? (Never Never - Colleen Hoover & Tarryn Fisher)


O Colleen Hoover pisałam już nie raz. Czytałam jej niejedną książkę. Bywały lepsze, bywały gorsze (szczególnie po spojrzeniu na nie z biegiem czasu), zazwyczaj chętnie sięgałam po kolejne jej pozycje, jednak po Ugly Love nie miałam długo ochoty, na książkę z podobnego gatunku. Jak jednak wypadł duet Hoover i Fisher, o której nigdy nic nawet nie czytałam?

Never Never to książka, która przyciągała mnie już od dnia ukazania pierwszej części za granicą. Miałam nawet ją dostać, jednak przesyłka zaginęła gdzieś w czeluściach światowej poczty i od już ponad 1,5 roku ślad po niej zaginął. W tym czasie zdążyły wyjść dwa kolejne tomy, które w Polsce ukazały się w postaci jednej zbiorowej książki. Czy to dobre posunięcie, czy złe? Z jednej strony można by spokojnie zakończyć czytanie na pierwszym tomie, bez zbędnego posiadania kontynuacji, jednak patrząc z drugiej strony, przynajmniej nie trzeba czekać, aż zdobędzie się kontynuację. Po której stronie medalu znalazłam się ja? 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam coś z podobnego gatunku. Never Never leżało na mojej półce prawie pół roku, zanim zdecydowałam się za nie zabrać. Po różnych słowach nie spodziewałam się niczego dobrego, szczególnie mając na uwadze, że ta książka powstała w duecie. Byłam przygotowana na nudę i rozczarowanie, to co jednak otrzymałam, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. 

A teraz w skrócie. Zaskoczyłam się i to pozytywnie! Nie taki diabeł straszny jak go malują. Czy przesadzę mówiąc, że była to jedna z lepszych jak nie najlepszych książek Hoover jaką czytałam? Może trochę, mając na uwadze uwielbiane przeze mnie Confess, jednak szczerze mnie ta historia kupiła. 

Charlie i Silas jednego dnia tracą wszystko. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki tracą pojęcie jak się nazywają i kim są. Wiedzą jak działa świat, jednak nie potrafią przypomnieć sobie nic z życia swojej rodziny. Nie pamiętają siebie nawzajem, wiedzą jednak, że coś ich łączy i nie przez przypadek, zdarzyło się to właśnie im. 

Próba dowiedzenia się czegokolwiek o swojej przeszłości prowadzi do odkrycia mrocznych tajemnic, z których istnienia nie zdawali sobie sprawy nawet dawni oni. Czy cały proces zapomnienia można odwrócić, czy wszystko to, co było, przepadło na zawsze? 

Tajemnice, wspomnienia, emocje i napięcie. To wszystko towarzyszyło mi podczas czytania już od pierwszej strony. To nie było zaciekawienie, tylko wręcz fascynacja historią, jaką stworzyły Colleen i Tarryn. Nie wiem, czy odebrałam tak tę pozycję ze względu na to, że od miesięcy nie czytałam nic z YA/NA czy dlatego, że miałam wielką chęć na przeczytanie podobnej historii. Jednak fenomenalny styl pisania, a do tego Silas, czyli kolejna niesamowita męska postać wykreowana przez Hoover (bo ona maczała w tym palce prawda?) sprawiły że przepadłam. Ta pisarka ma dar do kreowania męskich bohaterów, bo tak jak Charlie nie zrobiła na mnie wrażenia, tak nie mogłam być obojętna względem Silasa. Co prawda jest on bardzo podobny do Ridga, Holdera czy Owena, jednak mimo wszystko przyciągał moją uwagę. Charlie jako główna bohaterka jest krótko mówiąc męcząca i czasami upierdliwa. Jednak nie jest to nic dziwnego, ponieważ w 90% kobiece główne postacie pozostają dla mnie obojętne. 

Przeczytanie tej książki zabrało mi niecałą dobę, jednak już po jej zakończeniu mogłabym zabrać się za ponowne czytanie. Będąc jednak przy zakończeniu... Jest to jeden z niewielu słabych punktów tej powieści. Tak jak emocje towarzyszą przez całą książkę, a akcji nie brakuje, tak zakończenie jest przewidywalne, ale to nic w porównaniu z okropnym (i zdecydowanie zbędnym!) epilogiem. Potrafię jednak zakończenie zrozumieć, mimo że było ono na swój sposób cukierkowe i przesłodzone. Na początku wydawało mi się pisane na siłę, jednak kiedy pomyślałam o pozostałych zakończeniach Hoover... no cóż, już nie wydawało mi się aż takie cukierkowe, bo zapewne znalazłabym bardziej mdlące.

Cała książka kojarzy mi się z baśnią. Historia jaka przytrafia się bohaterom jest czymś nieprawdopodobnym, ale ma swój morał. To nie jest pusta historyjka bez jakiegokolwiek przesłania. Mimo że miłość odgrywa tu pierwsze skrzypce, to jednak nie jest ona przerysowana, a ukazuje piękno więzi między dwojgiem ludzi. Pokazuje jak najbliżsi potrafią zniszczyć życie rodzinie. Dlatego też nawet i słodkie zakończenie nie sprawiło, że genialność pierwszej części została przyćmiona. Takie zakończenie pasuje do XXI wiecznej baśni i mam nadzieję, że nie tylko ja to tak odebrałam. 

Nie wiem, jak książka powstawała. Co jest dziełem Colleen a co Tarryn, jednak wiem jedno. O drugiej autorce chcę dowiedzieć się więcej, a Hoover powiedziałabym to samo co zrobiłam na tego rocznym spotkaniu. Że jej powieści są dla mnie wyjątkowe i każda wnosi jakieś drobne zmiany do mojego spojrzenia na świat. 

Zależy co się w tej książce szuka, to się znajdzie. Niektórzy się rozczarują a inni, tak jak ja, spędzą uroczy czas, wśród wyjątkowych bohaterów (i nie myślę tu już tylko o Silasie ale także i o bohaterach drugoplanowych). 

Na koniec może jeszcze tylko ponarzekam, że mimo wszystko opis sugerował krwawą historię, która napomknięta, została zamieciona pod dywan, a mogło być jeszcze więcej dreszczyku w tej książce. No cóż, albo bierze się ją ze wszystkimi wadami, albo przechodzi się obojętnie ;) 

Ja do niej wrócę, a na blogu niedługo będzie okazja do jej przeczytania, także zaglądajcie jeśli chcecie sami się przekonać o co z tą książką chodzi. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Konnichiwa drogi czytelniku!
Bardzo dziękuję za każde wejścia, a tym bardziej za komentarze. Jeśli masz chwilkę skomentuj, jeśli nie wiesz co napisać, to chętnie się dowiem co aktualnie czytasz i oczywiście co ciekawego polecasz! ;)

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia