środa, 12 kwietnia 2017

Światło między oceanami // M.L. Stedman


Kiedy ktoś mnie pyta u ulubiony gatunek literatury, zazwyczaj nie jest mi łatwo odpowiedzieć. Jednak po chwili namysłu zawsze odpowiem, że największe znaczenie miały dla mnie dotychczas powieści, w których historia odgrywała dość ważną rolę. Uwielbiam, kiedy dzięki książce mogę przenieść się do czasów, w których nie dane było mi  żyć. Kiedy więc usłyszałam, że Światło między oceanami opowiada o latach 20. ubiegłego wieku, a to na dodatek u wybrzeży Australii - musiałam je przeczytać.

Muszę przyznać, że na samym początku miałam do tej pozycji coraz to większe oczekiwania. Same słowa zachwytu i różne polecajki sprawiły, że w końcu znalazła się na mojej półce. Jednak im dłużej na niej leżała - tym bardziej nie chciałam jej czytać. Czy słusznie?

Wielka Wojna wywarła wielki wpływ na życie Toma. Wydarzenia, w których brał udział, pozostawiły trwały odcisk na jego charakterze, dlatego kiedy wraca do rodzinnej Australii, decyduje się zostać latarnikiem na jednej z wysp. Samotność nie stanowi dla niego problemu, a wręcz przeciwnie - cisza jaka jej towarzyszy daje mu poczucie bezpieczeństwa. Jednak zanim wypływa aby zamieszkać na Janus Rock, poznaje Isabel. Przez miesiące myśli, że zanim zdąży wrócić na ląd, dziewczyna już dawno o nim zapomni. Jednak lata później to właśnie ona, jako żona, będzie jego jedyną towarzyską na wyspie.

Isabel ponad wszystko pragnie dziecka. Jednak wraz z biegiem lat, szanse na spełnienie tego marzenia maleją. Do czasu, kiedy morze nie wyrzuca na brzeg łódki, w której oprócz ciała mężczyzny znajduje się małe zawiniątko. Para nie może wiedzieć, że jedna decyzja, może odmienić ich życie na zawsze. 

Czy żałuję że sięgnęłam po tę pozycję? Czy żałuję czasu spędzonego na poznanie historii młodego małżeństwa? Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo. Trudno mi powiedzieć, że jestem rozczarowana tą pozycją. Niechęć, która narastała przez czas, kiedy ta książka leżała na półce, nie minęła, kiedy zaczęłam czytać pierwsze strony. Liczyłam, że z czasem będzie lepiej, że coś zacznie się dziać, że historia mnie zaangażuje... Czy muszę dodawać, że z czasem nie było lepiej, a o zaangażowaniu nie mogło być mowy?

Styl Stedman nie jest ani bardzo banalny, ani też w żadnym stopniu ambitny. Czasami miałam jednak wrażenie, jakby słowa, którymi została ta historia spisana, na siłę chciały podkreślić wagę wydarzeń, a wręcz rozdmuchać problemy jakie się w niej pojawiają. Im bardziej zgłębiałam się w ten tytuł, tym bardziej pogłębiało się moje odczucie, że w tej książce nie ma właściwie nic, co by mi się podobało. 

Wszystko sprowadziło się do jednego wątku, z którego na siłę powstał melodramat. Ja jednak nie uroniłam ani jednej łzy. Jedyne uczucia jakie wzbudziła we mnie autorka to było znudzenie i złość. Byłam zła na siebie, że należę do osób, które jak już zaczęły daną pozycję, to muszą ją skończyć. Ciągle liczyłam, że coś zacznie się dziać, że historia przestanie być przewidywalna (a nie przestała). 

Moje początkowe zaciekawienie tą pozycją powstało przede wszystkim po wielu słowach, że autorka potrafi obudzić wiele emocji i uczuć, że jest to "poruszająca opowieść o niszczycielskiej sile niewłaściwych wyborów". Jednak najważniejszym niewłaściwym wyborem było sięgnięcie przeze mnie po tę powieść. 

Ze względu na to, że bohaterowie mieszkają na wyspie, z daleka od miasta, spodziewałam się, że będę mogła dobrze poznać bohaterów i motywy, jakimi się kierowali. Jednak spoglądając na całą opowieść z perspektywy tygodnia, widzę, że nie nie wiem o nich praktycznie nic. Jeżeli zapamiętam jakiegokolwiek bohatera, będzie nim Isabel. ponieważ była ona nieziemsko irytującą postacią, której zachowanie jako jedyne budziło we mnie większe zaangażowanie. Kiedy tylko pojawiała się gdzieś w fabule, to moje nerwy wystawiane były na próbę. Musze oddać, że stworzenie tak denerwującej postaci nie jest łatwe, więc jeśli miałabym za coś pogratulować tej autorce to jedynie za to. 

Kiedy zbiorę to wszytko razem, nie dziwię się, że czytanie Światła między oceanami zabrało mi tak wiele czasu. Nie mogłam zmusić się do powrotu w świat wykreowany przez autorkę. Męczyłam się czytając tę powieść, a przecież taki gatunek powinien mnie powalić na kolana, chociaż w pewnym stopniu. Już od samego początku ta książka miała wielki atut, który nie dosyć, że został zaprzepaszczony, to sprawił, że już zawsze będę z dystansem podchodziła do gatunku, który całym sercem uwielbiam. 

Ja oczywiście tej pozycji nie polecam. Obejrzę jednak film, chociaż każdy z kim rozmawiałam, mówi że jest on gorszy od książki. Jeżeli jednak ona była dla mnie tak zła, to może w filmie odnajdę to, czego zabrakło mi w powieści M.L. Stedman. Jestem ciekawa czy komuś z Was ta powieść również nie przypadła do gustu? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Konnichiwa drogi czytelniku!
Bardzo dziękuję za każde wejścia, a tym bardziej za komentarze. Jeśli masz chwilkę skomentuj, jeśli nie wiesz co napisać, to chętnie się dowiem co aktualnie czytasz i oczywiście co ciekawego polecasz! ;)