Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo albatros. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 października 2021

Upiory XX wieku // Joe Hill

 


Już na samym początku mam ochotę wykrzyczeć, tak po prostu, że "to jest to!". To jest taka książka, jaką chcę czytać jesiennymi wieczorami. Jest idealna pod każdym względem, jeśli chodzi o to, czego oczekuję od lektury o tej ponurej porze roku. Krótkie ale niezbyt krótkie opowiadania, pełne niesamowitej treści. Opowiadania skłaniające do myślenia i będące po prostu niezwykle treściwe. 

To nie jest zbiór historii mrożących krew w żyłach. To nie jest zbiór horrorów czy thrillerów, z którego krew tryska na wszystkie strony w mniej lub bardziej kontrolowany sposób. To jest mieszanka pełna smaku (tak wiem, to brzmi dziwnie w odniesieniu do książki Hilla). Autor w niesamowity sposób skupia uwagę czytelnika, nie stosując tanich i oklepanych zagrywek. Sam sposób opowiadania historii, pełnych niecodziennych wydarzeń czy też bohaterów sprawia, że strony same uciekają i nawet nie zauważa się, kiedy zbliża się koniec.

Co prawda nie powiem, że wszystkie opowiadania podobały mi się w jednakowy sposób, ale Upiory XX wieku, są zdecydowanie bardziej wyważone niż Gaz do dechy. Tamte opowiadania nie trzymały równego poziomu, niektóre były dla mnie o wiele gorsze od pozostałych. W tym zbiorze nie miałam takiego wrażenia. Jest on po prostu bardziej dopracowany, a jeśli dodamy do tego klimat ubiegłego wieku - jestem zauroczona. 

Podoba mi się, że niektóre opowiadania były bardziej realne od innych, że niektóre mogłyby wydawać się komiczne (no bo dzieciak zamieniający się w wielkiego owada?), gdyby nie to, że kazały trochę pomyśleć i nie były tylko czystą rozrywką. Naprawdę nie spodziewałam się tego po Hillu, kiedy pierwszy raz sięgałam po jego książkę. Teraz wiem już, że będę sięgać po kolejne pozycje z jego literackiego dorobku, bo to jest coś, co po prostu chcę czytać. Więc jeśli lubicie trochę mrocznych klimatów, jeśli lubicie XX wiek i trochę groteskowe upiory z tamtych lat, to sięgnijcie po tę pozycję. Jest po prostu prześwietna! Szczególnie polecam opowiadanie rozpoczynające zbiór i drugie, o duchu w kinie. To zdecydowanie moje ulubione i chętnie zobaczyłabym je na dużym ekranie! 

poniedziałek, 5 lipca 2021

Pieśń o Achillesie // Madeline Miller

 


Now we are free...

Nie mogłam pozbyć się z głowy tej piosenki z "Gladiatora" przez większość czasu, który upłynął mi na lekturze książki Madeline Miller. Nie wiem nic o tej autorce, ale pamiętam jakie poruszenie wśród czytelników wywołała "Kirke". Miałam wrażenie, że albo się tę książkę kochało albo nienawidziło. Pamiętam głosy, że była powolna i nudna oraz pozbawiona akcji. Jestem ciekawa czy takie same głosy pojawią się o "Pieśni o Achillesie", jeśli tak, to ja się z nimi kompletnie nie zgodzę.

Nie należę do osób, które w czasach szkolnych pokochały mitologię czy to grecką czy rzymską. Męczyłam się, aby przeczytać ją na zajęcia, jednak coś z historii o Achillesie pamiętałam. Podobało mi się więc to, że autorka nie pozmieniała zbytnio tego co znamy z mitu, a jedynie tchnęła nowe życie w bohaterów, których imiona przewijają się w kulturze od wieków. 

Nie spodziewałam się, że tak prostą opowieść można ubrać w tak ogromną ilość emocji. Jestem pełna podziwu, że nie dość, że pokochałam postacie z tej książki, to śledziłam ich losy z zapartym tchem i nutą przerażania. Dawno nie porwała mnie powieść tego typu. Powieść niby pełna przygód a jednak nie do końca. Historia będąca piękną opowieścią o miłości i zgubie, pozostawiającą słodko-gorzkie odczucia. Mogę chyba powiedzieć, że Achilles i Patroklos mnie oczarowali. Tak jak jestem raczej negatywnie nastawiona do historii na miarę "Romea i Julii", tak do tej historii będę wracać z czystą przyjemnością. 

Jest to ukazanie mitologii z bardziej ludzkiej strony, bardziej kruchej, podatnej na zranienia, szczególnie jeśli chodzi o uczucia. Chyba tego brakowało mi kiedy poznawałam mitologię będąc w szkole. Jednak w wydaniu Madeline Miller mam ochotę poznać jeszcze niejedną opowieść, bo to w jaki sposób ona je postrzega i kształtuje na nowo, jest czymś po prostu pięknym i niesamowicie lekkim. Nawet nie zauważyłam kiedy książka dobiegła końca, bo za każdym razem jak siadałam do lektury to ona mnie po prostu porywała od pierwszej strony. 

Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu mogę taką powieść polecić. Jeśli ktoś szuka wartkiej akcji, w której nie brakuje niespodzianek, to raczej nie podzieli mojego optymizmu, jednak jeśli ktoś jest po prostu ciekawy, jak można przedstawić mitologię w inny sposób, powinien sięgnąć po tę książkę. Ona jest po prosu idealna na letni wieczór, szczególnie jak ktoś będzie miał okazję czytać ją na jakiejś greckiej plaży. 

sobota, 26 czerwca 2021

Rogi // Joe Hill


 

Ile lat się upierałam, że po Hilla i Kinga sięgać nie będę?... Odpowiedź: dużo. Jednak w ubiegłym roku, po lekturze opowiadań "Gaz do dechy", zrodziła mi się w głowie myśl, aby jednak dać twórczości Hilla drugą szansę. Mając to w pamięci, sięgnęłam po "Rogi" w nowym wydaniu i potwierdza się założenie z jesieni, że kiedy sięgałam w liceum po "NOS4A2" było na to po prostu zbyt wcześnie. Teraz chcę zrobić drugie podejście do tego tytułu bo po "Rogach" mam na to jeszcze większą ochotę. Utwierdzają mnie w przekonaniu, że Hill naprawdę potrafi wpleść do swoich historii morał i zmusić czytelnika do niejednych rozmyślań. 

Sposób opowiadania Hilla jest na pozór delikatny. Nie wiem jak on to robi, ale czytając mam wrażenie, że na dobrą sprawę nie dzieje się zbyt dużo (a już na pewno nie dzieje się nic strasznego), po czym dopiero po chwili uderza we mnie to, co przeczytałam. Nie powiem jednak, żeby lektura "Rogów" była niesamowicie emocjonująca, bo taka nie była. Nie sprawiała, że serce mi szalało od nadmiaru adrenaliny, chociaż mimo wszystko trudno mi było odłożyć książkę na bok i zająć się czymś innym. Głównym sprawcą była ogromna ciekawość tego, o co w tej historii chodzi, do czego ona dąży i o co chodzi z tymi rogami! Nawet sami bohaterowie, choć dość barwni a zarazem tak przedstawieni, że żadnego z nich nie byłam w stanie polubić, nie byli w stanie przyćmić tej ciekawości. 

Najbardziej jednak moją fascynację "Rogami" potęgowało silne zmuszenie do zastanowienia się nad własnym życiem. Nie jest to w końcu coś, czego spodziewam się, sięgając po książki z tego gatunku, tym bardziej więc powieść Hilla bardzo mi się spodobała. Ogromnie doceniam to, że autor wplata w swoje historie coś więcej niż czystą rozrywkę, że te książki przekazują coś więcej.

Mam jednak wrażenie, że "Rogi" nie porwą każdego czytelnika. Zgadam się z głosami, że może być to książka dla niektórych zbyt prosta. Ja jednak lekturę będę wspominać niezwykle przyjemnie, mimo że tematyka morderstwa, grzechu i moralności no i oczywiście wyrastających rogów z założenia przyjemna nie jest. 

wtorek, 13 października 2020

A to ci dopiero niespodzianka - Gaz do dechy // Joe Hill


Gdyby mi ktoś powiedział te kilka lat temu, kiedy czytałam "NOS4A2" (a raczej próbowałam, bo się nie dało), że za kilka lat sięgnę po inną książkę Hilla, to przysięgam, wybuchnęłabym śmiechem i nie uwierzyła. Baa, dodając jeszcze, że sięgnę po zbiór opowiadań... No nie, wtedy nie zmieściłoby mi się to w głowie. A jednak. Przeczytałam nie dość, że zbiór opowiadań i to autorstwa Joe Hilla, to jeszcze zrobiłam to z ogromną przyjemnością! Jakby to powiedziała znajoma mi osoba, no po prostu szokus totalus. 

Nie wiem czy to kwestia nowych wydań książek Hilla, czy po prostu kwestia upływu tylu lat (bo spokojnie było to 5 lat temu kiedy czytałam poprzednią książkę tego autora) i zmiana mojego gustu czytelniczego, ale jestem zauroczona. Jeśli można się zauroczyć tego typu lekturą bo jakby nie było, jest i kryminalnie, i mroczno, nie brakuje magicznych i tajemniczych momentów. Mogłabym powiedzieć, że te opowiadania cą po prostu creepy. Są specyficzne, ale jak najbardziej w pozytywnym tego słowa znaczeniu. 

Czuję się oczarowana tym, że mimo raczej, nie oszukujmy się, negatywnego nastawienia, doczekałam się w większości bardzo mądrych, klimatycznych i wciągających opowiadań z pewnym morałem i silnym przekazem, którego zdecydowanie nie oczekiwałam. 

Myślałam, że sięgając po tę lekturę, zafunduję sobie dość kiczowatą (?) rozrywkę. Przerysowane horrory, specyficzne fantastyczne wątki, tak nieprawdopodobne w rzeczywistości, że nigdy by mnie nie przeraziły a jedynie śmieszyły. 

Ta książka to nie jest tania rozrywka. To jak najbardziej wysokiej jakości propozycja na spędzenie jesiennych, deszczowych i ponurych wieczorów. Aż żal mi było kończyć poszczególne historie, ale zdaję sobie sprawę, że to właśnie ich urok. Nie są za długie, nie są przez to niepotrzebnie naszpikowane nudnymi opisami i nic niewnoszącymi bohaterami. Jakbym miała się tylko do czegoś "przyczepić" (a nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła), to tylko do tego, że pierwsze opowiadanie jak dla mnie jest kompletnie nietrafione jako opowiadanie otwierające cały zbiór. Rozumiem, że trzeba było wykorzystać nazwisko ojca autora, Stephena Kinga, ale było to najsłabsze ogniwo całej książki. Nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś po tej pierwszej historii zrezygnował z dalszej lektury. Jeśli byście tak chcieli zrobić: czytajcie dalej, bo zdecydowanie warto! 

czwartek, 19 marca 2020

Prawda, krótka historia wciskania kitu // Tom Phillips


"Ludzie, krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko" to zdecydowanie jedna z lepszych lektur ubiegłego (czyli 2019) roku, a przy okazji ogromne zaskoczenie. Nie spodziewałam się, że czytanie jej będzie aż taką frajdą. Odkąd skończyłam ją czytać, a było to jeszcze przed wakacjami, na dobrą sprawę nie wiem, kto ma teraz mój egzemplarz, ale polecałam ją tylu osobą, że pewnie już go nie zobaczę ani nie odzyskam. Czy z drugą książką Phillipsa, czyli z "Prawdą..." będzie podobnie? 

Kiedy zobaczyłam, że autor naskrobał coś więcej i nie zakończył swoich opowieści na poprzednim tytule, po prostu nie mogłam się doczekać, aż będę mogła sprawdzić, co z historii wygrzebał tym razem. Niestety muszę powiedzieć, że wyszło to dość... nudnawo? Ja wiem, studiując na wydziale historii powinnam być do nudy przyzwyczajona, ale jednak myślałam, że ten tytuł będzie większą rozrywką niż się ostatecznie okazał. 

Co prawda niektóre wątki były i zabawne, i interesujące. Nie spodziewałam się, że niektóre osoby potrafiły nie dość, że wymyślić niektóre kłamstwa, to na dodatek sprzedać je szerokiej publice i sprawić, że ludzie wierzyli w nie przez wiele lat, mimo że ze współczesnego punktu widzenia, niekiedy przeczyły one wszelkiej logice. 

Po raz kolejny autor wybrał wątki tematycznie, zarówno związane z prasą, polityką czy jak się tym razem okazało - przyrodą, a dokładniej mówiąc kartografią i górami które mimo że ogromne, istniały według niektórych w miejscu, w którym ich nigdy nie było, nie ma no i pewnie nie będzie. 

Mimo wszystko uważam tę książkę za wartą poznania, chociażby w ramach ciekawostki, którą warto mieć w głowie. Jest to pewnego rodzaju lekcja o tym, że kłamstwo zakorzeniło się w ludzkości już bardzo dawno, że fake news wprowadzany celowo to również nie nowa metoda rozgłosu. Można tę lekturę uznać za pewnego rodzaju przestrogę i próbę rozmyślania nad własnymi drobnymi codziennymi kłamstwami, które nie da się ukryć, są stałym elementem rzeczywistości. 

wtorek, 15 października 2019

Maszyny takie jak ja // Ian McEwan



Na początku było tak, przeczytałam opis, popatrzyłam na okładkę i stwierdziłam, że ta historia zapowiada się przynajmniej nietypowo i brzmi pokrótce zachęcająco. Z takim oto nastawieniem przeczytałam pierwszych kilkadziesiąt stron, po czym wpadłam na genialnie głupi pomysł, by zajrzeć na Goodreads i poczytać coś nie tylko na temat samego autora, ale także na temat tej konkretnej książki. Jak bardzo muszę zaznaczać, że był to więcej niż błąd? 

Jak się okazało, „Maszyny takie jak ja” zbiera skrajnie różne recenzje. Nie przesadzam, używając określenia „skrajnie”, ponieważ mam wrażenie, że ten tytuł otrzymuje albo jedną, albo cztery gwiazdki (w skali pięciu oczywiście). Jakim cudem, to może być ta sama książka, ale czytana przez różne osoby? Zerknięcie na to wszystko i pogrążenie się w lekturze coraz to nowszych recenzji sprawiło, że mój początkowy zapał do tej książki opadł i to raczej niesłusznie, zważywszy na to, że nie tylko pierwsze rozdziały,czytało mi się z przyjemnością. Już teraz więc zaznaczę, że nie warto przejmować się tymi negatywnymi opiniami, bo może się jednak okazać, jak w moim przypadku, że ta powieść, to krótko mówiąc - strzał w dziesiątkę. 

Jak można zauważyć, nie jestem czytelnikiem przepadającym za tematami science fiction. Mogę wręcz powiedzieć, że po czasach liceum, a pewnie i nawet podstawówki, kiedy to zmuszona byłam zmęczyć „Bajki robotów”, omijam je szerokim łukiem. Jednak to, w jaki sposób Ian McEwan wplótł do tej historii niektóre motywy, sprawiło, że może nie wrodzona a raczej nabyta niechęć do tego typu wątków, nie dała o sobie znaku.

Akcja w alternatywnej przeszłości, a jakby z o marzącej przez wielu przyszłości. Lata 80. I skomplikowana sztuczna inteligencja, roboty, które w przerażającym stopniu przypominają ludzi - obdarzonych emocjami, skomplikowanymi algorytmami, które momentami działają lepiej niż ludzki - wciąż niezbadany mózg. Czytając tę książkę, raczej nieświadomie wracałam do niedawno czytanej przeze mnie powieści Delaney'a - Perfekcyjna żona. Z jednej strony te powieści są kompletnie różne, z drugiej jednak bardzo podobne i mimo różnicy w ich gatunkach, nie będę ukrywać, że całość o wiele lepiej wyszła w Maszynach takich jak ja.

Na tym skończę. Nie wiem dlaczego, ale przy tym tytule szkoda mi skupiać się na języku, sposobie budowania akcji, narracji czy kreacji bohaterów. To wszystko broni się samo i sprawia, że powieść czyta się z niezmierną przyjemnością i zaciekawieniem, jakiego dawno nie poczułam przy lekturze. Chyba będę musiała zajrzeć do innych tytułów McEwana, bo ten jak najbardziej polecam. Ten świat i niesamowite maszyny warte są uwagi.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko // Tom Phillips


Ludzie. Czyli coś o nas. Czyli coś dla nas. Lekcja jak żyć? Niekoniecznie. Lekcja jak żyliśmy? Już bardziej. To tak jak tytuł wskazuje - opowieść o tym, co zdążyliśmy dotychczas spieprzyć i jakie konsekwencje przez to ponosimy do dzisiaj. Brzmi ciekawie? Nawet nie wiecie jak bardzo. 

Tom Phillips, nazwisko kompletnie mi nieznane, przynajmniej w zestawieniu z tym imieniem, bo jednak Phillips mówi coś zapewne większej części społeczeństwa. Okładka złudnie kojarząca mi się z tytułami Yuvala Noah Harari, które ciągle czekają na liście "kiedyś przeczytam". Czyli w sumie coś mi świta ale jednak niekoniecznie na właściwy temat. Nie oszukujmy się jednak, tytuł tej książki czyli Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko jest na tyle chwytliwa, że nie potrzeba nic więcej (a przynajmniej zbyt wiele więcej) by z ciekawości przeczytać tę pozycję. Niby ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale co tam, w tym wypadku warto było zrobić ten krok. 

Spodziewałam się miliona dygresji w tej książce, wielu "śmieszkowych" historii, które będzie można później opowiadać znajomym przy piwie, albo na korytarzu jak trzeba będzie przerwać tę niezręczną ciszę w oczekiwaniu, na bliżej niekreślony cel. Czekałam na pełny humoru zbiór opowieści, podpartych mocną wiedzą historyczną i wiecie co? Dostałam o wiele więcej. 

Nie ukrywam, byłam wręcz pewna, że publikacja Toma Phillipsa to będzie dość powierzchowna (żeby nie powiedzieć płytka), lekko "głupia" opowiazdka, do czytania w biegu codzienności. Muszę więc chyba użyć tego słowa - niespodzianka - ta książka okazała się niespodzianką, ponieważ to nie jest coś co przeczytałam i zapomniałam. Autor w tak sprawny sposób prowadzi narrację, że mimo dużej ilości postaci historycznych pojawiających się na tych wszystkich stronach, to nic mi się nie pomieszało, a uwierzcie, że mogłoby. 

Sprostowanie co do historii Wspaniałego Stulecia, największe głupie pomysły w kwestii wynalazków (nie tylko paliwo ołowiowe czy freon), ale także krótki przegląd szalonych władców, to jak się okazuje skarbnica pomyłek i naprawdę głupich błędów czy pomysłów, które miały naprawić sytuację, a jak można się domyślić - zadziałały kompletnie na odwrót. 

Z jednej strony, może kogoś to po prostu nie interesować, jednak wszystko jest napisane w tak przystępny sposób, że nie wyobrażam sobie niczego lepszego do zabicia czasu w pociągu, tramwaju czy  w oczekiwaniu na wiecznie spóźniającego się znajomego. To nie jest książka, którą trzeba przeczytać od razu. Skonstruowana jest w taki sposób, że bez problemu można ją sobie "dawkować" bez obaw, że coś się zapomni i nie będzie można się odnaleźć. 

Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło? Że to wszystko nie jest pisane bez celu. To nie jest tylko zbiór "najciekawszych" historii ludzkości. Autor prowadzi do pewnych, niezbyt optymistycznych rozważań, będących jednak jak najbardziej na czasie. Do czego dążymy z naszą planetą? Do czego możemy doprowadzić, patrząc, że nawet wydarzenia sprzed wielu set lat mają odbicie na to, jak świat działa dzisiaj? Może właśnie taki przegląd, tak wielu reakcji łańcuchowych, jest w stanie otworzyć oczy tym, którzy nadal uważają, że nic złego nie robimy? Że przecież to nic wielkiego, nic co ma wielki wpływ na przyszłość? Jednak spokojnie, to nie ma czystko moralizatorskiego tonu i może to właśnie jest największym atutem tej książki, a przynajmniej czymś, czego kompletnie się nie spodziewałam. 

W skrócie? No Ludzie! Tę książkę po prostu warto przeczytać! 

piątek, 22 marca 2019

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle // Stuart Turton


Nie, to my zrobiliśmy z Blackheath takie miejsce. Doprowadziły nas do tego nasze własne decyzje. Jeżeli to ma być piekło, to sami je sobie stworzyliśmy.

Nie wiem czy tych tytułowych śmierci było siedem. Nie wiem czy było ich więcej, czy w ogóle była jakaś. Wiele po przeczytaniu tej książki nie wiem i nawet nie chcę wiedzieć. Jednak to, co lektura książki Turtona pozostawiła po sobie, to ogromny zachwyt i poczucie, że to jest taka literatura, którą naprawdę chce się czytać. Trochę kryminał, ale nie do końca. Coś jakby powrót do historii, ale czy na pewno? Na dobrą sprawę nie wiemy kiedy, ani gdzie toczy się akcja tej powieści. To jest jedna wielka zagadka, nie jedyna dla historii, którą skrywa. 

Chciałabym jednak móc o tej książce zapomnieć, obudzić się z czystą kartą, tak jak bohaterowie, aby móc chociaż raz jeszcze zachwycić się opowieścią stworzoną przez autora. Jeden raz to zdecydowanie za mało. Dlaczego? Bo mam wrażenie że umknęło mi o wiele za dużo. 

Dziwna? Nietuzinkowa? A może po prostu boska i na swój sposób dzika? Takie określenia kojarzą mi się z tą książką. Kryminał? Owszem. Ale ta powieść to o wiele więcej. 

Każdego dnia, bohater budzi się w innym ciele. Za każdym razem ma czas do 23 aby wyjaśnić zagadkę śmierci Evelyn. Gdy tego nie zrobi, dzień zacznie się od nowa, w innej postaci. Ale ich ilość jest ograniczona. Co się stanie, jeśli zagadka nie zostanie rozwiązana? Co jeśli rozwiązanie nie istnieje, albo istnieje więcej niż jeno? Komu można ufać, a komu nie? 

Na pewno nie można ufać własnej intuicji. Przez blisko połowę lektury, nie wiedziałam o co tak dokładnie w tej historii chodzi. Do samego końca nie miałam pojęcia, do czego akcja prowadzi a już tym bardziej nie pomyślałabym jak to się zakończy. Na dobrą sprawę, zakończenie tutaj nie ma większego znaczenia. Przynajmniej dla mnie. Liczyło się wszystko to, co działo się na kartach powieści Turtona w międzyczasie, nawet te najdrobniejsze wydarzenia. 

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle to mnóstwo postaci, każda ze swoją tajemnicą, ze swoim spojrzeniem i motywacją. Pełna różnorodność charakterów i powtórka z wydarzeń sprzed 19 lat. 

Czym jest ta historia? To próba rozwiązania zagadki morderstwa, to mieszanka różnych dni, różnych opowieści i na pozór nic nieznaczący faktów. Jak w tym wszystkim autor się nie pogubił? Jak udało mu się to wszystko spiąć w jedną, logiczną całość? 

Ta książka była emocjonująca nie tylko ze względu na rozwój akcji. Sam język, sposób poprowadzenia czytelnika przez autora sprawił, że jest to nietuzinkowa powieść. Historie Sebastiana, Anny, Aidena, Daniela, Golda, lady Hardcastle, Doktora Dżumy i wielu, wielu innych postaci pokazują, jak bardzo można pomylić się w ocenie drugiego człowieka i do jak wielu szkód może to doprowadzić. 

Kto zginął? Dlaczego? Kogo można uratować? Kto chce być uratowany, a dla kogo nie ma żadnej nadziei? To jedne z setek pytań, które pojawiały się w mojej głowie podczas czytania. Na wiele z nich doczekałam się odpowiedzi. Jednak na wiele z nich, chciałabym usłyszeć czy też przeczytać coś więcej. 

Czuję niedosyt, ponieważ książkę Stuarta Turtona mogłaby czytać zdecydowanie dłużej. Mam nadzieję, że nie przyjdzie czekać zbyt długo na coś nowego od tego pisarza. Ja zdecydowanie będę czekać. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Dziewczyna z Brooklynu // Guillaume Musso



Kiedy romanse, młodzieżówki, fantastyka, a nawet ukochani autorzy nie pomagają w walce z czytelniczym dołkiem pt. "nic mi się nie podoba", czas sięgnąć po większy kaliber, zwany thrillerem. Dawno nie sięgałam po ten gatunek, ze względu na to, że lato to niekoniecznie najlepszy na nie czas, że jestem przyzwyczajona do czytania kryminałów i sensacji jesienią i zimą... bla, bla, bla. Jednak skoro nic ostatnio mi się nie podoba, to czemu nie zaryzykować. W końcu do stracenia nie było nic, więc w taki sposób zdecydowałam, że to jest ten moment na Dziewczynę z Brooklynu. Czy to była dobra decyzja? No już nie koniecznie... ha! Żartuję. Dzisiaj nie wyleję "wiadra hejtu", ale w sumie, sami się przekonajcie. 

Guillaume Musso, to autor o którym muszę przyznać, nic wcześniej nie słyszałam. Jednak kiedy dotarły do mnie głosy, że okładka jest tylko na pozór "Sparksowa", a historia tak naprawdę skrywa całkiem niezły thriller (tak, mam na myśli Paulę z www.ruderecenzuje.pl), moja ciekawość musiała zostać zaspokojona. Bo kiedy nawet czekając w kolejce u optyka, pani zaczyna emocjonalnie reagować, kiedy tylko zauważa co czytasz, coś musi w tym być. Wtedy kiedy sama byłam na 30 stronie, dostałam rozkaz, aby zaznajomić się z całą twórczością tego autora, bo "to książka mojego ukochanego pisarza!". Czy możecie przejść koło tego obojętnie? No ja nie potrafię. 

środa, 12 kwietnia 2017

Światło między oceanami // M.L. Stedman


Kiedy ktoś mnie pyta u ulubiony gatunek literatury, zazwyczaj nie jest mi łatwo odpowiedzieć. Jednak po chwili namysłu zawsze odpowiem, że największe znaczenie miały dla mnie dotychczas powieści, w których historia odgrywała dość ważną rolę. Uwielbiam, kiedy dzięki książce mogę przenieść się do czasów, w których nie dane było mi  żyć. Kiedy więc usłyszałam, że Światło między oceanami opowiada o latach 20. ubiegłego wieku, a to na dodatek u wybrzeży Australii - musiałam je przeczytać.

Muszę przyznać, że na samym początku miałam do tej pozycji coraz to większe oczekiwania. Same słowa zachwytu i różne polecajki sprawiły, że w końcu znalazła się na mojej półce. Jednak im dłużej na niej leżała - tym bardziej nie chciałam jej czytać. Czy słusznie?

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia