Kiedy ktoś mnie pyta u ulubiony gatunek literatury, zazwyczaj nie jest mi łatwo odpowiedzieć. Jednak po chwili namysłu zawsze odpowiem, że największe znaczenie miały dla mnie dotychczas powieści, w których historia odgrywała dość ważną rolę. Uwielbiam, kiedy dzięki książce mogę przenieść się do czasów, w których nie dane było mi żyć. Kiedy więc usłyszałam, że Światło między oceanami opowiada o latach 20. ubiegłego wieku, a to na dodatek u wybrzeży Australii - musiałam je przeczytać.
Muszę przyznać, że na samym początku miałam do tej pozycji coraz to większe oczekiwania. Same słowa zachwytu i różne polecajki sprawiły, że w końcu znalazła się na mojej półce. Jednak im dłużej na niej leżała - tym bardziej nie chciałam jej czytać. Czy słusznie?
