"Pytania z Kosmosu" to dosłownie pytania z Kosmosu, a raczej pytania o Kosmos. Na pewno nie jest to pierwszy ani tym bardziej ostatni tytuł o tej tematyce wydany w ostatnim czasie, ale to co muszę przyznać, to że to nie jest pozycja poruszająca tylko najprostsze i najczęstsze pytania czy zagadnienia z astronomii czy też astrofizyki. Jestem tym pozytywnie zaskoczona, bo osoby które już kilka podobnych pozycji mają za sobą, nie będą się nudziły i dowiedzą się czegoś nowego i na pewno spojrzą na niektóre wątki z innej strony.
poniedziałek, 31 maja 2021
Pytania z Kosmosu. Kim jesteśmy, skąd się wzięliśmy i dokąd zmierzamy // James Trefil & Neil deGrasse Tyson
"Pytania z Kosmosu" to dosłownie pytania z Kosmosu, a raczej pytania o Kosmos. Na pewno nie jest to pierwszy ani tym bardziej ostatni tytuł o tej tematyce wydany w ostatnim czasie, ale to co muszę przyznać, to że to nie jest pozycja poruszająca tylko najprostsze i najczęstsze pytania czy zagadnienia z astronomii czy też astrofizyki. Jestem tym pozytywnie zaskoczona, bo osoby które już kilka podobnych pozycji mają za sobą, nie będą się nudziły i dowiedzą się czegoś nowego i na pewno spojrzą na niektóre wątki z innej strony.
środa, 21 kwietnia 2021
Dwie samotności. Dialog mistrzów // Gabriel García Márquez, Mario Vargas Llosa
Kiedy byłam w połowie tej książki, napisałam przyjaciółce (która jest zresztą o wiele bardziej zaznajomiona ode mnie z twórczością chociażby Márqueza) tylko o jednej rzeczy, która przyszła mi na myśl podczas lektury. Napisałam, że miałam ochotę zwinąć się w kłębek i najlepiej zamknąć nad sobą wieko od trumny, ze względu na przeszywające i zatrważające przekonanie, że wielkie piękno i czasy w których mogłabym żyć, minęły bezpowrotnie.
Czy spodziewałam się takich rozmyślań po tak krótkiej i niepozornej publikacji? Oczywiście że nie. Byłam cudownie nieświadoma po jaką lekturę sięgam i w jaki świat się zanurzę.
Rzadko kiedy sięgam po wywiady czy teksty im podobne, jednak Dwie samotności... nazwać po prostu wywiadem to spłycić wszystko. To dialog niesamowicie inteligentnych i świadomych swojego pisarskiego dorobku autorów, którzy z niezwykłą lekkością nakreślają świat literatury latynoamerykańskiej, jej źródeł, czy chociażby jej podboju Europy czy Ameryki Północnej.
Już zaledwie po kilku stronach poczułam potrzebę sięgnięcia po wszystkie utwory zarówno Gabriela Garcíi Márqueza jak i Mario Vargasa Llosy. Dlaczego? Ze względu na to, w jaki sposób ci autorzy, na tych bodajże ledwo 100 stronach, wyjawili ich tajemnice. Sprawili tym samym, że na pewno inaczej odbiorę teraz Sto lat samotności. Dostrzegę to, czego sama nigdy bym się nie domyśliła, szukając niepotrzebnie wielu metafor i niepotrzebnych nawiązań, podczas gdy o prostotę i codzienność niektórych wątków właśnie chodziło.
Ujęła mnie właśnie ta prostota inspiracji w twórczości Márqueza. Mam wrażenie, że teraz pisarze na siłę kombinują i wymyślają niestworzone historie, skąd wzięli inspiracje do swoich książek, tylko po to, żeby "dobrze" wybrzmieć w wywiadach. Jednak Dwie samotności. Dialog mistrzów, świadomie bądź nie, podkreśla wielkość literatury tamtych czasów i każe się zastanowić, nad literaturą nam współczesną.
Jednak na dobrą sprawę, smutną lekturą był dla mnie ten tytuł. Mam wrażenie, że wszystkiego jest teraz po prostu za dużo, za dużo wydaje się książek, które niejednokrotnie nie powinny ujrzeć świata dziennego, które nic sobą nie reprezentują, które nic ze sobą nie niosą. Wiem, że nie jestem osamotniona w myśli, że pojęcie wielkiej literatury przemija, jeśli już nie przeminęła i po przeczytaniu Dwóch samotności..., nie wyobrażam sobie tego, co współczesne czasy po sobie zostawią. Czy zostawią cokolwiek?
Czy jest to publikacja tylko dla wielbicieli Márqueza i Llosy? Zdecydowanie nie i jestem tego świetnym przykładem. Kojarząc na dobrą sprawę tylko twórczość Márqueza (i to w niezbyt rozbudowanym zakresie), mam wrażenie, że jest to pozycja wręcz uniwersalna i idealna dla każdego, kto chciałby porozmyślać chociaż przez jeden wieczór o literaturze, cofając się do lat 60. ubiegłego wieku i to na dodatek mając wrażenie, że siedzi się w audytorium, na niewygodnym krzesełku i jest się świadkiem dialogu, który zmienia postrzeganie niejednej prostej rzeczy.
poniedziałek, 19 kwietnia 2021
Maria Curie // Ewa Curie
Marii Skłodowskiej-Curie mam nadzieję, nikomu przedstawiać nie trzeba. Jest to postać, o której wspomina się już w szkole podstawowej (i słusznie). Nie zdawałam sobie jednak sprawy i nawet nie byłabym sobie w stanie wyobrazić, że to właśnie tak wyglądało jej życie. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że ukazała się pełna biografia tej wybitnej postaci, uzupełniona niejednymi wzruszającymi listami.
Sama historia powstania tego wydania jest ciekawa, to ile osób musiało włożyć w nią pracę, aby mogła powstać daje poczucie, że jest to coś, na czego wydaniu zależało naprawdę wielu osobom.
Sama biografia została spisana przez młodszą córkę Curie - Ewę. Jednak nie da się zaprzeczyć, że kolejne tłumaczenia wzbogaciły ją o fragmenty niedostępne (przynajmniej dla polskich czytelników) w pierwszym wydaniu. Oczywiście można by zarzucić, że ze względu na to, że autorką jest córka Marii Curie, nie jest to biografia obiektywna i tak w dużej mierze jest. Jednak czy to właśnie nie dzięki temu, możemy poznać ją od strony, która dla mediów nigdy nie była dostępna?
Spodziewałam się dość "suchej" biografii, pełnej faktów i pozbawionej duszy powieści wyliczanki. Źle oceniłam jednak umiejętności pisarskie Ewy Curie. Nie jest to bowiem rozciągnięta na kilkaset stron nota biograficzna, a zwinnie i lekko opowiedziana historia bardzo skromnej kobiety, której praca zmieniła naukę w ogromnym stopniu.
To co mnie najmocniej zachwyciło w tej książce, to wszystko to, co dawało obraz jak wyglądała druga połowa XIX wieku i początki wieku XX. Jestem tym oczarowana, ponieważ można dzięki temu niemal "na żywo", odczuć zmiany jakie zachodziły w społeczeństwie kiedy zarzucano myśli romantyczne i wkraczano w pozytywizm. Opisy życia Marii w Warszawie nie pozwalały mi odgonić myśli od "Lalki" Bolesława Prusa. To ta Warszawa, to prawie że ten sam Paryż, w którym tak wiele się wydarzyło dla Państwa Curie.
Jestem też jednak w szoku, jak na pozór proste doświadczenia w szopie doprowadziły do tak ważnych odkryć nie tylko z perspektywy fizyki czy chemii, ale również medycyny a co za tym idzie ważnych po prostu dla życia niejednego człowieka.
Patrząc jak teraz prowadzi się badania fizyczne, nie mieściło mi się w głowie, jak wiele problemów i niedocenienia spotkało parę naukowców. Jestem pełna podziwu, za upór i wiarę w swoje działania. Jest to zdecydowanie książka, która w niezrozumiały do końca dla mnie sposób, niesamowicie motywuje do zrobienia czegokolwiek, do docenienia tego wszystkiego co nas otacza i jakim wielkim szczęściem to wszystko jest.
Dopiero czytając tę biografię poczułam jeszcze większą pokorę przed postacią Marii Curie i tego, jak wiele szlaków dla kobiet w Nauce przetarła. Jak wielkie miała znaczenie i jak wiele zrobiła (nawet będąc tego nieświadoma) patrząc z perspektywy wieku, który upłynął od tamtych lat. A przecież w ciągu tego stulecia niejedno odkrycie można było zaobserwować.
Jestem tą pozycją po prostu oczarowana. Ze względu na dosłownie wszystko. Za obraz który przedstawia, za fragmenty które czyta się jak lekką powieść obyczajową sprzed wieku ale i za fragmenty listów, które pozwalają bezpośrednio poczuć jaką osobą była Maria Curie, jej mąż Piotr i właściwie spora część naukowego społeczeństwa z przełomu XIX i XX wieku.
wtorek, 9 lutego 2021
Huston, lecimy! // Paul Dye
Raz na jakiś czas, bardziej lub mniej umyślnie, sięgam po książki związane z kosmosem. Czy to pod kątem bardziej astronomicznym czy też właśnie pod kątem lotów kosmicznych. Ostatnio była to publikacja związana z rocznicą lądowania na księżycu, czyli Człowiek, istota kosmiczna. Minęło od tego już jednak trochę czasu, dlatego idealnie się złożyło, że 10 marca (2021 roku) ma polską premierę książka Paula Dye’a Houston, lecimy!
Od razu Wam powiem, to nie jest książka jakiej się spodziewacie. Wiadomo, człowiek większość swojego życia spędził pracując w NASA a dokładniej w MCC (Mission Control Center) i przez wiele lat był dyrektorem lotów w programie wahadłowców, ale to nie jest po prostu pamiętnik z czasów młodości i lat następujących później. Na dobrą sprawę od samego początku czułam się, jakbym czytała jakąś książkę przygodową, albo oglądała wciągający film. Nie spodziewałam się, że autor opowiadając niektóre historie, zabawi się sposobem w jaki to robi. Grał na emocjach, budował napięcie, przez co czułam jakbym to ja czekała na decyzje o awansach czy też na kolejny krok w kryzysowej sytuacji podczas misji.
Mam wrażenie, że ta książka była potrzebna. Dlaczego? Dlatego że w niejednym filmie zapewne widziało się jak to niby wszystko wygląd. Ale tak nie wygląda! Paul Dye pokazuje jak bardzo skomplikowany jest to system, ile ludzi jest ukrytych za ścianami przez co ich nie widać, mimo że na ich barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność. Powiadam Wam, rzeczywistość jest o wiele ciekawsza od tej, którą serwują nam reżyserzy filmów z misjami kosmicznymi w roli mniej lub bardziej głównej.
Nie spodziewałam się takiej dawki faktów, ciekawych historii i spostrzeżeń oraz czystej wiedzy. Oczywiście w takiej publikacji nie można było uniknąć sporej ilości informacji matematycznych, fizycznych czy technicznych. Na szczęście, wydaje mi się, że nie jest to ilość przytłaczająca czytelnika. Jest to raczej wiedza, o którą powinna się wzbogacić osoba, po przeczytaniu takiej książki. Gdyby jej zabrakło, to najzwyczajniej na świecie, nie mielibyśmy pojęcia o czym autor pisze. No bo przyznajcie… Kto zna podstawową budowę wahadłowca i sposób w jaki działa?
Houston, lecimy! To naprawdę świetny tytuł, który rozbudzi na nowo dziecięce marzenia niejednej osoby. Niektórym może nawet zakręci się łezka w oku na wspomnienia starych technologii z lat 80. czy 90. Jakie były wtedy komputery każdy wie, technologia mocno poszła do przodu, jednak dopiero w tej książce można zobaczyć, jak wielką wartość miał sprzęt, którego nikt w codzienności XXI wieku nie chciałby używać, bo raczej nie miałby wystarczających pokładów cierpliwości… Teraz może i nie do pomyślenia, ale to właśnie dzięki takim a nie innym technologiom była możliwa cała wędrówka w kosmos. Dzisiaj to wszystko wygląda inaczej, ale Paul Dye udowadnia jak wiele tradycji się zachowało, jak wiele zachowań zostało w MCC, mimo że już nie wszyscy zdając sobie sprawę co było ich źródłem. Ta książka to po prostu świetna przygoda. Czy warto po nią sięgnąć? Zdecydowanie warto.
PS jeśli nie znacie, to w ramach dodatku do lektury polecam film "Hidden Figures" z 2016 roku. Idealnie pasuje. Jeśli go znacie, to z kolei polecam go sobie odświeżyć przy lekturze książki Paula Dye'a. To duet niemal idealny!
czwartek, 29 października 2020
W cieniu zła // Alex North
Jeśli chcecie mieć koszmary, albo chcecie się dowiedzieć, jakie koszmary mają bohaterowie i poczuć dreszczyk emocji, to będzie właśnie ta lektura, po którą powinniście sięgnąć.
wtorek, 13 października 2020
A to ci dopiero niespodzianka - Gaz do dechy // Joe Hill
Gdyby mi ktoś powiedział te kilka lat temu, kiedy czytałam "NOS4A2" (a raczej próbowałam, bo się nie dało), że za kilka lat sięgnę po inną książkę Hilla, to przysięgam, wybuchnęłabym śmiechem i nie uwierzyła. Baa, dodając jeszcze, że sięgnę po zbiór opowiadań... No nie, wtedy nie zmieściłoby mi się to w głowie. A jednak. Przeczytałam nie dość, że zbiór opowiadań i to autorstwa Joe Hilla, to jeszcze zrobiłam to z ogromną przyjemnością! Jakby to powiedziała znajoma mi osoba, no po prostu szokus totalus.
Nie wiem czy to kwestia nowych wydań książek Hilla, czy po prostu kwestia upływu tylu lat (bo spokojnie było to 5 lat temu kiedy czytałam poprzednią książkę tego autora) i zmiana mojego gustu czytelniczego, ale jestem zauroczona. Jeśli można się zauroczyć tego typu lekturą bo jakby nie było, jest i kryminalnie, i mroczno, nie brakuje magicznych i tajemniczych momentów. Mogłabym powiedzieć, że te opowiadania cą po prostu creepy. Są specyficzne, ale jak najbardziej w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Czuję się oczarowana tym, że mimo raczej, nie oszukujmy się, negatywnego nastawienia, doczekałam się w większości bardzo mądrych, klimatycznych i wciągających opowiadań z pewnym morałem i silnym przekazem, którego zdecydowanie nie oczekiwałam.
Myślałam, że sięgając po tę lekturę, zafunduję sobie dość kiczowatą (?) rozrywkę. Przerysowane horrory, specyficzne fantastyczne wątki, tak nieprawdopodobne w rzeczywistości, że nigdy by mnie nie przeraziły a jedynie śmieszyły.
Ta książka to nie jest tania rozrywka. To jak najbardziej wysokiej jakości propozycja na spędzenie jesiennych, deszczowych i ponurych wieczorów. Aż żal mi było kończyć poszczególne historie, ale zdaję sobie sprawę, że to właśnie ich urok. Nie są za długie, nie są przez to niepotrzebnie naszpikowane nudnymi opisami i nic niewnoszącymi bohaterami. Jakbym miała się tylko do czegoś "przyczepić" (a nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła), to tylko do tego, że pierwsze opowiadanie jak dla mnie jest kompletnie nietrafione jako opowiadanie otwierające cały zbiór. Rozumiem, że trzeba było wykorzystać nazwisko ojca autora, Stephena Kinga, ale było to najsłabsze ogniwo całej książki. Nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś po tej pierwszej historii zrezygnował z dalszej lektury. Jeśli byście tak chcieli zrobić: czytajcie dalej, bo zdecydowanie warto!
wtorek, 22 września 2020
ŚWIEŻY // NICO WALKER
Podczas czytania (sama nie do końca wiem dlaczego), pojawiła mi się w głowie myśl, że jeśli gdzieś na półce powinna ta książka leżeć, to obok Miedziaków Colsona Whiteheada. Te książki niby są od siebie całkiem różne, a jednak wydaje mi się, że są sobie bliższe niż na początku mogłam myśleć. Świeży przypominał mi również o pewnym musicalu, klasyce kina. Kto oglądał Hair i przeczyta powieść Walkera, mam nadzieję, zrozumie dlaczego.
Jestem pozytywnie zaskoczona tą powieścią. Dziwnie brzmi, że jestem pozytywnie zaskoczona tym surowym stylem jakim posługuje się Walker (chociaż przez pierwsze strony czytanie było uciążliwe i po prostu musiałam się do niego przyzwyczaić i w końcu zrozumieć dlaczego jest taki a nie inny). Dawno nie czytałam niczego takiego. Plusem jest również to, że Świeży nie jest zbyt długi, nie jest rozwleczony na siłę a akcja nie obfituje w "fajerwerki", wyszukane gesty czy barwne opisy.
Najłatwiej się przekonać jaki jest Świeży sięgając po niego. Po prostu warto. Chociażby w ramach powiewu nowości w tym co ostatnio ukazuje się na rynku wydawniczym.






