Jakub Małecki, to nazwisko nie jest mi obce. Od ponad roku co jakiś czas obijało się ono o moje uszy, jednak nigdy nie było to nic wystarczająco przekonującego, abym nareszcie zdecydowała się sięgnąć, po jakąś książkę. Na Dygot trafiałam nie raz i były to zdecydowanie pozytywne opinie, jednak miesiące mijały, a ja jak po tę pozycję nie sięgałam, tak nie sięgnęłam. Co więc ma w sobie Rdza, że jak tylko o niej usłyszałam, to wiedziałam, że muszę ją przeczytać?
Bo co to jest za wielka sztuka chodzić po ciemku, jak się ciemności nie boisz? Sztuka jest chodzić po ciemku, jak się od tego cały człowiek trzęsie. To jest wielkie szczęście, bać się.
Tylko wtedy można pokazać, że się jest odważnym.
Nie ukrywam, że największe emocje czy refleksje, wzbudza we mnie jeden konkretny typ literatury. Nie jest to jeden gatunek, jednak pewien element, który sprawia, że powieści w których on występuje, mają już na samym starcie ogromną przewagę nad innymi. Największe znaczenie mają dla mnie utwory, w których historia - szczególnie ta związana z II wojną światową czy ogólnie powiedzmy 100 lat pomiędzy połową XIX i XX wieku odgrywa mniejszą lub większą rolę. Dlaczego? Chyba sama do końca nie znam odpowiedzi na to pytanie. Mam wrażenie, że problemy w tamtym okresie nie były takie trywialne jak teraz? Uczucia jakie łączyły ludzi były trwalsze a przez wydarzenia jakie je kształtowały jeszcze piękniejsze? Jest to czysto subiektywne podejście, jednak tak to już u mnie jest. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że Rdza łączy dwie historie - jedną z przeszłości i początku II wojny światowej a drugą - historię Szymka, chłopca z małego miasteczka. Po porostu musiałam sprawdzić, czy będzie to coś, w czym będę mogła się zakochać.