Nigdy nie byłam w Grecji i raczej w najbliższej przyszłości się to nie zmieni, mimo że Santorini jest na mojej podróżniczej liście od miesięcy. Z archeologią również nie łączy mnie zbyt wiele, może poza wspólnym dziekanatem i zamiłowaniem z dzieciństwa. Jednak powieści Marty Guzowskiej od lat (bez powodzenia) lądowały na moich czytelniczych listach. Nawet dwie pierwsze książki znajdują się w mojej biblioteczce. Dlaczego więc, wcześniej nie zapoznałam się z twórczością tej autorki? Sama chciałabym wiedzieć. Na szczęście Ślepy Archeolog nie podzielił losów swoich poprzedników i wystarczył zaledwie jeden dzień, bym zapoznała się z jego historią.
Autorzy wykorzystują każde środowisko do uknucia zbrodni i zbudowania w jego oparciu fabuły. Nie powinno więc dziwić wykorzystanie wykopalisk i ośrodka badawczego na Krecie. W końcu starożytne ruiny to bardzo wdzięczny temat do zbudowania tła i nadania tajemniczego klimatu już na samym wstępie. W przypadku tej książki nie jest to jednak czymś niezbędnym, ponieważ autorce wystarczyłby sam główny bohater do stworzenia niesamowicie wciągającej powieści.
