niedziela, 27 listopada 2016

Poczuj w życiu magię (Hygge. Klucz do szczęścia - Meik Wiking)


Czy istnieje coś takiego jak klucz do szczęścia? Czy można napisać podręcznik, jak stać się szczęśliwym? To pojęcie indywidualne, każdy człowiek odbiera je inaczej. Każdemu radość przynosi coś innego, więc czy można znaleźć złoty środek? 

Meik Wiking to dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze. Brzmi intrygująco? Duńczycy uważani się za jeden z najszczęśliwszych narodów świata. Dlaczego więc nie sprawdzić, co sprawia, że tak się dzieje? Praca Wikinga to dążenie do uszczęśliwienia największej ilości ludzi na świecie, dla niektórych praca - marzenie. 

Ale co to jest to całe Hygge? Nawet po przeczytaniu całej książki, nie potrafię za pomocą jednego zdania opisać tego pojęcia. Hygge to nastrój, to jest uczucie, które czujemy kiedy jesteśmy szczęśliwi. Hygge to siedzenie opatulonym w kocu, z gorącym kakaem i ulubioną książką. Hygge to magia świąt, to uśmiech który gości na twarzy kiedy pada puszysty śnieg (chyba że tylko ja uwielbiam się kręcić i tańczyć jak sypie śnieg). 

Coraz częściej ludzie pędzą między pracą lub szkołą a domem. Brakuje czasu na wszystko, a już przede wszystkim na chwile relaksu i czas dla bliskich. Hygge to książka, która pokazuje jak wykorzystać najdrobniejsze rzeczy, aby w każdym miejscu odnaleźć sposób na szczęście. 

Autor wyjaśnia pojęcie hygge a następne daje niejeden przepis, jak można je poczuć. Oczywiście nie wszystko da się wykorzystać u każdej osoby na świecie, jednak na pewno każdy znajdzie chociaż coś dla siebie. 

Czytając tę książkę zrozumiałam, jak ważne są rzeczy, których na co dzień nie dostrzegamy, a których świadomość może odmienić naszą codzienność. Sama lektura Hygge jest hyggelig. Autor napisał przepis na szczęście, językiem który sprawia, że można je poczuć za pomocą samych słów. 

Warto nauczyć się słowa hygge, które może być zarówno czasownikiem, rzeczownikiem jak i przymiotnikiem i wprowadzić je do swojego życia. Wydawać by się mogło, że cała filozofia szczęścia nie potrzebuje książki, bo nie będzie ona niczym odkrywczym. Niektórzy mogą wyjść z założenia, że Meik Wiking pisze o tym, do czego każdy człowiek może dojść po chwili namysłu, jednak prawda jest taka, że badania pozwoliły mu dotrzeć do niuansów, które zebrane razem, ukażą, jak wiele jest możliwości przez nas niewykorzystanych. 

Przepiękne wydanie książki, jej malutki format, klimatyczne fotografie i wartościowa treść, sprawiają, że jest to idealna pozycja na prezent zarówno dla bliskich jak i nas samych. Warto dać jej szansę i nie zamykać się na możliwości jakie nam oferuje.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

czwartek, 24 listopada 2016

Czerwone Złoto - Tom Hillenbrand


Kulinarne dzieło sztuki. Czy taki tytuł pasowałby do serii stworzonej przez Toma Hillenbranda? O poprzednim tomie, w którym się bez pamięci zauroczyłam, pisałam w zeszłym miesiącu i nie mogłam się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie kontynuacja. Jednak czy słusznie tak na nią czekałam? 

Xavier Kieffer, po wydarzeniach związanych z Diabelskim Owocem, powraca chociaż w pewnym stopniu, do świata wielkiej kuchni. Kiedy dostaje zaproszenie od paryskiego burmistrza, na specjalne przyjęcie, na którym dania będzie podawał światowej sławy mistrz sushi, decyduje się wziąć w nim udział. Nie spodziewa się jednak, że na jego oczach kucharz padnie martwy...

Znając charakter bohatera z pierwszej części, można się domyślić, że nie zostawi tej sprawy bez odpowiedzi, w końcu Xavier to dość ciekawska postać. Nie spodziewa się jednak, że podążając tropem menu z przyjęcia, trafi do świata najdroższych ryb jakie istnieją i ludzi, którzy zrobią wszystko, aby zarobić na nich kolosalne pieniądze. Luksemburski kucharz nie zdaje sobie sprawy, że mieszając się w sprawy, którymi rządzą inne prawa, może ściągnąć nieszczęście nie tylko na siebie, ale także na swoich bliskich.

Po raz kolejny podążając śladami Kieffera, autor zabiera czytelnika w niezwykłą podróż, począwszy od przyjęcia w Paryżu, po Sycylijskie wyspy i Luksemburskie miasteczka. Kto by pomyślał, że historia tuńczyka, może stać się fundamentem do powstania powieści? 

Niektórzy mogą uważać, że książki Hillenbranda nie zasługują na miano kryminału. Dla mnie jednak nic nie może lepiej oddać tego, czym jest Czerwone Złoto, jak stwierdzenie, że jest to kryminał dla smakoszy. Wątkiem kryminalnym w tej książce należy się delektować. Jest to tylko jedno danie z szerokiego menu, jakie przygotował dla czytelników autor. 

Zarówno w Diabelskim Owocu jak i jego kontynuacji, dominującym aromatem tworzącym klimat, jest mieszanka kulturowa. Luksemburski kucharz, francuska spadkobierczyni imperium krytyki kulinarnej, Fin, a do tego japońscy mistrzowie sushi i śródziemnomorscy tradycjonaliści połowów tuńczyka. Każda z postaci jest inna i każda wzajemnie się uzupełnia. Pod tym względem Czerwone Złoto jest lepsze od swojej książkowej poprzedniczki, ponieważ pojawia się jeszcze więcej bohaterów. 

Tom Hillendbrand stworzył fabułę, w której to postacie, a nie akcja, grają pierwsze skrzypce i nie stają się papierowi. Nie sposób się do nich nie przywiązać, ponieważ mimo niemoralnych działań związanych z tuńczykiem, które porażają świadomością, że świat XXI w tak wygląda, to lektura tych książek bije ciepłem i pozwala się zrelaksować. 

Nigdy nie spodziewałam się, że za pomocą kilkuset stron, zwiedzę spory kawałek Europy. Autor potrafi w magiczny sposób działać na wyobraźnię, ponieważ tylko za pomocą słów, potrafi otworzyć przed czytelnikiem historyczne uliczki Luksemburga, czy tętniący życiem Paryż. 

Seria Hillenbranda jest idealna na jesienne i zimowe wieczory, aby zaszyć się pod kocem z gorącą herbatą i chociaż na kilka godzin oderwać się od rzeczywistości i znaleźć się nad Morzem Śródziemnym. To nie są książki z gatunku tych, których akcja pędzi jak szalona, a nawet niekiedy męczy czytelnika. To coś zupełnie innego, niewymagającego ale na swój sposób uroczego. 

Diabelski Owoc i Czerwone Złoto to przede wszystkim źródło relaksu i odpoczynku w niesamowitych klimatach. Ta lekka, a może nawet dziwnie brzmiąca książka, która może po opisie nie zachęcać, ma to "coś" co sprawia, że nie wyobrażam sobie, że to już koniec historii Xaviera, Valerie i Pekki. 

Jeśli wiecie co to hygge, to wyobraźcie sobie, że ta książka to esencja wszystkiego co hyggeligt, bo to jest słowo, które idealnie opisuje to, co przychodzi mi na myśl o książkach Hillenbranda. 


★★★★
Za książkę dziękuję wydawnictwu Smak Słowa



sobota, 19 listopada 2016

Wyobraź sobie że... (Imagines - Anna Todd & inni)

Nie jestem zwolenniczką opowiadań, ponieważ zazwyczaj nie chcę rozstawać się z bohaterami. Przyzwyczaiłam się, że akcja opisywana jest powierzchownie i trudno wczuć się w klimat wykreowany przez autora. Jednak ciekawość zwyciężyła w przypadku Imagines, ponieważ chciałam przekonać się, jak czytelnik może stać się głównym bohaterem. Jednak można się spodziewać, że w zbiorze aż 34 opowiadań znajdą się zarówno opowiadania lepsze jak i przysłowiowe czarne owce. 

Trudno powiedzieć, o czym te opowiadania są, ponieważ każde jest inne. Wszystko jednak sprowadza się do tego, że to my - czytelnicy stajemy się głównym bohaterem, a towarzyszą nam gwiazdy, które znamy z filmów czy muzyki - lub też nie znamy ich w ogóle. Trudno jednak w przypadku takiej liczby opowiadań nie znaleźć chociaż jednego, które nas zainteresuje. 

O fanfikach mówiłam nieco w przypadku Uratuj Mnie, które w sumie mi się spodobało, jednak patrząc na zbiór opatrzony przede wszystkim nazwiskiem Anny Todd nie jestem w stanie tego powiedzieć. Jest to klasyczny i schematyczny przykład opowiadania z wattpada, które w żaden sposób nie mogę nazwać szanującą się literaturą. 

Te opowiadania są przede wszystkim płytkie i banalne. Oczywiście trudno oczekiwać realności w przypadku, kiedy opowiadania dotyczą spotkania gwiazd światowego formatu, jednak w niektórych opowiadaniach sytuacje były tak niemożliwe, że miałam ochotę (przepraszam za wyrażenie) walnąć autora tą cegłą w głowę. 

Pozytywnie zaskoczyła mnie jednak Anna Todd, ponieważ z czystym sumieniem mogę przyznać, że jej opowiadanie było najlepsze ze wszystkich. Medium udało się ukazać rozwój akcji, nic nie spadało na bohaterów jak piorun z jasnego nieba i nie sprawiło, że przy pierwszym wejrzeniu wpadli w swoje ramiona. 

Oczywiście nie każde opowiadania sprowadzały się do historii miłosnych. Pozytywnie zaskoczyły mnie wątki przyjaźni bądź jednorazowego spotkania , niekończącego się niczym więcej. Jednak nie jestem w stanie zapomnieć o przeważającej ilości opowiadań sprawiających wrażenie pisanych na siłę. Żałuję, że nie stworzono mniejszego zbioru, który zawierałby tylko te lepsze opowiadania, ponieważ w tym przypadku giną one, na tle historii chociażby z Kardashianami w roli głównej, które zdecydowanie nie powinny rozpoczynać zbioru (nie powinny się nigdy w nim znaleźć).

Wyobrażenia nie mają granic, więc wyobraź sobie, że może zdarzyć się wszystko to zechcesz - zdecydowanie trzymali się tej zasady wszyscy autorzy, jednak czytanie tej książki nie sprawiło mi żadnej przyjemności, ale jako że należę do upartych osób, obiecałam się, że przez całość przebrnę, mimo że niekiedy było naprawdę ciężko. 

Może osoby, które lubią twórczość wattpada będą w stanie zobaczyć w Imagines coś więcej, ja na dzień dzisiejszy zdecydowanie o tej pozycji chciałabym zapomnieć.

Za książkę dziękuję wydawnictwu OMG Books.

niedziela, 13 listopada 2016

Behawiorysta - Remigiusz Mróz


Są takie książki, do których podchodzi się jak do jeża. Na blogu nie brakuje recenzji książek Remigiusza Mroza, jednak tak jak serię z Chyłką i Zordonem uwielbiam i za każdym razem z utęsknieniem wyczekuję na kontynuacje, tak recenzja Trawersu już od ponad pół roku się nie pojawiła, mimo że książkę skończyłam czytać jeszcze w maju. Do teraz nie wiem co o tej serii myśleć, bo mimo, że czytało się ją bardzo fajnie i w gruncie rzeczy mi się podobała, to coś nie pozwala mi się ostatecznie określić. 

Kiedy usłyszałam o Behawioryście - nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła poznać nowych bohaterów i przeżyć z nimi te wszystkie wydarzenia. Jednak im bliżej było do premiery, tym coraz więcej wątpliwości i obaw miałam. Dużo osób zaczęło podkreślać, że postacie tworzone przez tego autora są schematyczne, a wydarzenia nierealne bądź przewidywalne. Jednak kiedy Behawiorysta zaczął zbierać bardzo pozytywne opinie, nie mogłam przejść obojętnie, w końcu poprzednie książki mnie nie zawiodły, postanowiłam zaufać własnej opinii i czy to była dobra decyzja? 

Może ktoś już zwrócił uwagę, że nie lubię krytykować książek, a żeby na Fantastycznych książkach... przeczytać naprawdę negatywną recenzję, książka musi mnie wynudzić i zszargać moje nerwy i cierpliwość. Jednak tak jak do tego drugiego kryterium raczej wszystkie książki Remigiusza Mroza, które dotychczas miałam okazję przeczytać, można przypasować, tak żadna nigdy nawet nie otarła się o nudę i z Behawiorystą nie było inaczej.

Gerard Edling to były prokurator, który skutecznie zamknął sobie drzwi powrotne do prokuratury. Jednak kiedy w opolskim przedszkolu pewien mężczyzna (kompozytor) zamyka się wraz z dziećmi i przez internet daje osobom z zewnątrz wybór, kogo ma zabić, a kto przeżyje - Edling staje się brzytwą, której łapią się lokalne służby. W taki sposób rozpoczyna się Koncert Krwi, w którym to każdy może zadecydować o losie drugiego człowieka, a kompozytor staje się osobą, która tylko wypełnia wyrok.

Gerard - tytułowy behawiorysta - staje się postacią charakterystyczną, przede wszystkim ze względu na to, że jest specjalistą od komunikacji niewerbalnej (kinezyki). Ze sposobu zachowania w określonych sytuacjach, jest w stanie wyczytać więcej niż z samej rozmowy z drugim człowiekiem, przez co chcąc nie chcąc, czytelnik dostaje krótką lekcję dostrzegania cech niewyrażonych przez słowa. Czy jest to przydatna lekcja, każdy musi zadecydować już sam. Jest to jednak niezaprzeczalnie jeden z najsilniejszych aspektów tej książki - która dzięki temu wprowadza coś nowego i łamie dotychczasowe schematy powieści akcji. 

To co się dzieje w tej książce, angażuje czytelnika i budzi w nim sprzeczne emocje. Stawia pytania, jakich wyborów sami byśmy dokonali. Czy bylibyśmy w stanie otwarcie wskazać która z przedstawionych osób ma zginąć? Ta książka jest w pewien sposób brutalna, jednak w taki sposób działa bohater. Nie waha się, a autor zdecydowanie krokiem przeprowadza odbiorcę przez to, co nam zaserwował.

Behawiorysta to mocna pozycja, która zdenerwowała mnie jak mało która. Powinnam już się nauczyć, aby nie darzyć zbytnią sympatią bohaterów, bo lubią przydarzać im się (nie)ciekawe wypadki, jednak łudziłam się, że tym razem będzie inaczej. Lecz - no cóż na świecie nie brakuje niesprawiedliwości. Można jednak dzięki temu poćwiczyć cierpliwość szczególnie biorąc pod uwagę sprawę z dziewczyną, przez którą Edling stracił pracę i do której autor usilnie powracał, nie wyjaśniając o co chodzi. Dla niektórych rzeczy warto czekać, jednak osobiście czytając ostatnią część - Presto, Vivo, byłam gotowa rzucić książką i się na nią obrazić, jakkolwiek dziecinnie to nie brzmi. Inni używali niecenzuralnych słów, ja się obraziłam - ale w końcu, w różny sposób można wyrażać emocje.

Nie da się ukryć, że Behawiorysta trzyma w napięciu do samego końca, przez co nie sposób z własnej woli tę książkę odłożyć. Z czystym sercem mogę się zgodzić, że jest to najlepsza powieść Remigiusza Mroza, mimo że Parabellum i serię z Chyłką darzę wielkim sentymentem.

Jeśli więc szukacie pozycji dopracowanej do samego końca, niosącą ze sobą cały przekrój różnorodnych emocji, wiecie za jakim tytułem się rozejrzeć ;)





wtorek, 8 listopada 2016

milk and honey - rupi kaur



milk and honey to tytuł, który ostatnio zawładnął nie tylko zagranicznym instagramem, ale także w dużej mierze i polskim. Oczywiście moja ciekawska natura, nie pozwoliła mi przejść obok tej pozycji obojętnie. Zapewne miało w tym swój udział przepiękne wydanie tej książki. Jednak czy te wszystkie słowa zachwytu nad tą pozycją są aż tak zasłużone? 

Ocenić poezję jest trudno. Dla każdego niesie ona inne przesłanie, z założenia każdy może odnaleźć w niej coś innego. W moim przypadku, nawet rozkładanie wierszy na czynniki pierwsze, na lekcjach języka polskiego, nie sprawiły, bym nie lubiła takiej twórczości. Co prawda sięgam po nią bardzo rzadko, jednak istnieją autorzy i wiersze, do których uwielbiam wracać. Nie mogę jednak powiedzieć, że "nowoczesną" poezję potrafię zrozumieć. Mam wrażenie, że im prostszym językiem jest napisana, tym mniej ona ma do przekazania. Dziwne może wydawać się to, że doceniam utwory pełne metafor i odniesień do dawnych epok, a nie potrafię zrozumieć czegoś, co opisuje świat w którym na dobrą sprawę żyję. Uznaję więc, że problem leży po obu stronach: zarówno u mnie, jak i w poezji XXI wieku. 

"if you are not enough for yourself 
you will never be enaugh 
for someone else"

Ale do rzeczy. Czym właściwie jest milk and honey? Jest to tomik podzielony na cztery części, którego autorką zaledwie 24-letnia dziewczyna pochodząca z Indii, której życie nie należało do najprostszych. Jednak kiedy ktoś mnie zapyta, o czym ta książka jest - moja odpowiedź brzmi: nie wiem. Przeczytałam wszystkie utwory, niektóre nawet po kilka razy i w żaden sposób one do mnie nie trafiły. Nazywanie tych "wierszy" poezją, sprawia, że coś się we mnie zgrzyta, dla mnie to nie jest poezja. To są wiersze, jakich naczytałam się swego czasu w internecie. Przemyślenia proste a miejscami banalne.



Część the hurting i the loving były dla mnie nie lada wyzwaniem, ponieważ kompletnie niczego nie odkrywały. Po tylu słowach zachwytu, które czytałam, spodziewałam się czegoś co nie pozwoli mi o tej pozycji zapomnieć, a w zamian za to, trzymałam w rękach coś, co sprawiało, że odbiegałam myślami w każdym możliwym kierunku. Co prawda, znaleźć teraz pozycję, która wnosi coś nowego jest praktycznie niewykonalnym, jednak mimo wszystko są utwory, które można czytać chociaż aby odpocząć czy na chwilę zapomnieć o rzeczywistości. milk and honey sprawiało że za wszelką cenę chciałam zamknąć ten tomik i patrzeć przez okno przez najbliższe godziny. 

Zapewne gdyby nie fakt, że w związku z wypadkiem mojego pociągu, musiałam spędzić dodatkowe 4 godziny na środku pola, bez innej literatury, w życiu bym tej pozycji nie skończyła. Nie potrafiłam poczuć emocji, jakie autorka chciała przekazać. Jedyne co we mnie wywołała ta pozycja, to znużenie, a później poczucie stracenia czasu. Dopiero ostatnia część the healing w jakiś sposób sprawiła, że potrafiłam chociaż przez kilka stron pozostać w skupieniu, jednak na pewno nie jest to coś, czego bym po tej pozycji oczekiwała. 

Być może jest to spowodowane tym, że postawiałam tym utworom bardzo wysoką poprzeczkę? Jednak nie spotkałam się z żadną krytyczną recenzją, dlatego spodziewałam się czegoś na miarę największych poetów. Nawet nie chodzi mi o prostotę języka - bo przecież prosta poezja również potrafi zachwycać, ale o to, co ze sobą niesie. Ja niestety nie jestem w stanie docenić twórczości Rupi Kaur, nie mogłabym nawet wykorzystać fragmentu jej wierszy w listach czy czymkolwiek. 

Dlatego jeśli jesteście ciekawi tej pozycji - najpierw popatrzcie na przykładowe wiersze, które możecie znaleźć chociażby w google grafika (tam są wiersze wraz z rysunkami z tomiku) i przekonajcie się sami, czy jest to coś dla Was. Ja żałuję, że tego wcześniej nie zrobiłam, bo zdecydowanie wolę pozostać przy klasyce takiej jak Poe, Baczyński czy chociażby Słowacki. 


Mieliście okazję zapoznać się z tą pozycją? Co o niej uważacie, albo jak ją odbieracie? ;) 



sobota, 5 listopada 2016

Załącznik - Rainbow Rowell


Pióro Rainbow Rowell miałam okazję poznać już ponad rok temu. Jednak w żadnej z dotychczasowych książek, nie potrafiła mnie ta autorka do siebie przekonać, bo tak jak Fangirl bardzo mi się podobało (wycinając fragmenty bezsensownego dla mnie opowiadania o Simonie) tak Eleonora i Park oraz opowiadanie z Podaruj mi miłość były czymś, co bez większej trudności udało mi się wymazać z pamięci - zdecydowanie nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu tej autorki. Czy Załącznik zmienił moje zdanie chociaż w jakimś stopniu?

Lincoln to prawie trzydziestolatek, który mieszka wraz z mamą i nie ma praktycznie własnego życia. Jego praca jest dość nietypowa, ponieważ polega na czytaniu cudzej korespondencji. Jako informatyk odpowiedzialny jest za kontrolowanie przestrzegania regulaminu dziennikarzy, pracujących w gazecie. Dlatego też jeśli filtr zatrzyma czyjeś maile, zawierające niedozwolone słownictwo bądź treści, Lincoln jest odpowiedzialny za wysłanie ostrzeżenia. W taki sposób poznaje dwie przyjaciółki, Beth i Jennifer. Z czasem zagłębia się w lekturę ich wiadomości tak mocno, że czeka na moment, w którym program zatrzyma ich rozmowy. Wie, że nie jest to w żadnym stopniu etyczne, jednak z czasem przestaje liczyć się z konsekwencjami.

Czy miłość sprzed pierwszego wejrzenia istnieje? Dla Lincolna zapewne tak, ponieważ wystarczyły tylko maile, aby zakochał się w Beth. Jednak czy można taką znajomość w jakikolwiek sposób przenieść na relację między dwoma osobami? Cześć zakochałem się w tobie, chociaż nawet nigdy cię nie widziałem, a tak w ogóle, to od miesięcy czytam twoje maile i wiem o tobie więcej niż kiedykolwiek byś mogła pomyśleć. Raczej nie ma to szansy na powodzenie. Lincoln zdaje sobie z tego sprawę, tym bardziej, że Beth ma chłopaka, a on od lat mieszka z matką i nie ma praktycznie znajomych. Co miałby do zaoferowania dziewczynie, która na pierwszy rzut oka ma wszystko?

Załącznik to historia prosta i lekka, w której obeszło się bez jakichkolwiek fajerwerków. Jednak w tym wszystkim pozostała ona urocza i przyjemna, bo to właśnie tymi dwoma słowami określiłabym całą książkę.

Autorka oddała klimat lat 90. i w ciekawy sposób uchwyciła przejście w nowe tysiąclecie, na które firma Lincolna przygotowywała się miesiącami. Nie sposób nie polubić bohaterów, trudno więc się dziwić Lincolnowi, dlaczego tak bardzo przywiązał się do czytania wiadomości dwóch przyjaciółek. Sposób w jaki Rainbow Rowell przedstawiła relacje między Beth i Jennifer sprawił, że rozdziały uciekały w zastraszającym tempie.

Jest to zdecydowanie jedna z lepszych książek tej autorki i muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyła, jednak mimo wszystko Załącznik nie należy do powieści, które zostają w pamięci na długie tygodnie. Jest to zdecydowanie przyjemna lektura, należąca do gatunku tych, służących do oderwania się od rzeczywistości, pozwalająca na chwilę relaksu w towarzystwie wyjątkowo uroczych bohaterów, jednak nie zmieniająca życia czytelnika w żadnym stopniu.

Zapewne można by o tej powieści napisać coś więcej, jednak nie sądzę, aby było to potrzebne. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję sięgnąć po tę książkę, to skorzystajcie z tej szansy - ponieważ będziecie mgli swobodnie odpocząć, jednak jeśli nigdy nie wpadnie ona w Wasze ręce - nie macie czego żałować - zbyt wiele nie stracicie. 

Mogę jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że jeśli szukacie książki od której moglibyście zacząć przygodę z Rainbow Rowell - Załącznik będzie jednym z lepszych wyborów. 

Mieliście już okazję zapoznać się z twórczością tej autorki? Tylko mnie ona nie zachwyciła, czy może jednak Was również ominął zachwyt nad jej książkami?

★★★★


wtorek, 1 listopada 2016

Październik we wszystkich odcieniach jesieni {Podsumowanie Miesiąca}


Październik rozczarował mnie pogodą. Gdzie podziała się piękna polska jesień? Szaruga, mgły i deszcz sprzyjały jednak czytaniu i mimo że w tym miesiącu działo się wiele (o tym za chwilkę) to przeczytałam więcej niż się spodziewałam. 

Teoretycznie dzisiaj jest ostatni dzień wolnego - dla mnie pierwszy, bo dopiero wczoraj wieczorem wróciłam z Targów Książki z Krakowa. Byliście? 

Wracając do książek, w październiku przeczytałam ich ponad 6! Na początku miesiąca Me and Earl and the dying girl (recenzja) oraz Diabelski Owoc (recenzja). Później kolejne książki po angielsku czyli This Modern Love oraz największe rozczarowanie tego roku - Milk and Honey. Mały polski akcent w postaci Jądra Ciemności i na koniec Załącznik (o którym na blogu już niedługo).

Halloween spędziłam w pociągu (i to aż 6,5h) przez co przeczytałam równo połowę Behawiorysty i muszę przyznać, że się pozytywnie zaskoczyłam. Do tego w ubiegłym miesiącu przeczytałam 300 stron Zakonu Feniksa i kilkaset stron Imagines, których jeszcze nie zdążyłam dokończyć. Daje to w sumie ponad 6 książek z czego jestem dumna, biorąc pod uwagę wszystko co się w październiku wydarzyło. 



Słyszeliście o Turnieju Bookmagicznym? Sama nie wierzę, że to wszystko się wydarzyło, a ja miałam okazję reprezentować Gryffindor i jednocześnie poznać tak niesamowitych ludzi. Turniej się jeszcze nie skończył, dlatego nie będę dzisiaj dużo pisać, jednak możecie spodziewać się osobnego posta na ten temat, bo myślę, że jest o czym mówić. Finał już za dwa dni,  a jeśli jeszcze nie wiecie o co chodzi, to koniecznie zaglądajcie na kanał Anity z Book Reviews! 


Do tego jak już wspominałam, byłam na targach w Krakowie i pozdrawiam wszystkie osoby, które do mnie podeszły! Już się nie mogę doczekać majowych targów w Warszawie! 

Jak pewnie zauważyliście zmienił się adres bloga (mam nadzieję, że nazwa Wam się podoba). Mam do Was w związku z tym wielką prośbę. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to czy moglibyście zaobserwować bloga jeszcze raz? (Odobserwować i zaobserwować jeszcze raz) ponieważ w związku ze zmianą adresu nie będą Wam się wyświetlały nowe posty na głównej stronie blogspota ;) 

Ile książek udało Wam się przeczytać w październiku? Polecacie jakieś pozycje? No i co udało Wam się upolować w Krakowie?