wtorek, 30 grudnia 2014

#15 Niezgodna - Veronica Roth ~Lily

via. tumblr
Niezgodna. Taka jestem w stosunku do tego co usłyszałam na temat tej książki. Zawiedziona? To za mało… Zdaję sobie sprawę, że pisząc to nabawię się wrogów, ale muszę przyznać i to z bólem, że szału nie było. Chciałam tę książkę przeczytać i to bardzo. Pełno osób zachwycało, wychwalało, polecało i w końcu sięgnęłam po to i… nic. Pustka…  Może gdybym tę książkę przeczytała zanim dwa lata temu sięgnęłam po Igrzyska, miałabym inne zdanie, jednak Veronica Roth wybrała gatunek w którym trudno odkryć coś nowego, bo praktycznie już wszystko było, ale nawet w tym co było da się umieścić coś oryginalnego a ta książka była, jest dla mnie po prostu nudna.

Wciąga, tak to prawda ale przy tym mnie zarówno irytowała. Przez całą książkę miałam wrażenie, że już to czytałam. Do tego autorki brak talentu do zabijania postaci. Naprawdę. Tak jak Collins, Clare czy nawet Rowling robiły to ze smakiem tak tutaj czułam jakby wszystko szło z karabinu maszynowego. Fuch fuch fuch i połowy dobrych nie ma. Jak tak dalej pójdzie to wszystkich pozabija. Ja rozumiem, że sieroty to takie modne teraz w książkach ale bez przesady. Wiecie, że lubię jak giną bohaterowie (tak wiem jestem straszna) nawet jeśli są to główne postacie, bo jest to dość niespotykane, ale tu kompletnie tego nie kupiłam, może gdyby Cztery zginął to bym miała jakieś silne emocje związane z tą książką, a tak nic, jest mi ona obojętna. Może nie jest w zły sposób napisana, nie wiem czy to przez to, że ostatnio czytałam tyle romansideł mój ukochany gatunek mi się już nie podoba, czy po prostu słysząc o tym tak wiele, postawiłam młodej autorce zbyt wysoką poprzeczkę.

"To jest śmierć - przejście od jest do był."


Jednak, żebym nie wyszła na takiego krytyka ta książka ma dla mnie jeden plus. Jedynym światełkiem w tunelu, który ratuję tę książkę jest Cztery, ale tylko Cztery. Gdy wypowiada słowa by tak na niego nie mówić czar prysł. Sama się sobie dziwię, że widzę same minusy ale kurczę nie wiem czy to filmowa okładka mnie tak dobiła czy co. Sięgnę po Zbuntowaną, bo (zdaję się na przyjaciółkę, która też za 1 częścią nie przepada) podobno końcówka jest naprawdę niesamowita, a wspominając moje własne słowa z poprzedniej recenzji: Każda książka zasługuje na drugą szansę. Później z kolei jest Wierna, o której nawet od fanów tej trylogii słyszałam same głosy zawiedzenia. Jedyne co mnie naprawdę ciekawi to ta nowa książka Cztery ale no muszę powiedzieć, że on zawładnął moim sercem, podczas gdy Tris była dla mnie tylko i wyłącznie narratorką.

(dobra, wcale nie zaspojlerowałam sobie Wiernej... chociaż szczerze, to sprawiło, że mam ogromną ochotę przeczytać tę książkę. Zaczynam się bać, że lubię śmierć bohaterów, co ze mną nie tak?)

Ale dobra, dla tych którzy tego nie czytali to może o czym to w ogóle jest. Mamy świat podzielony na frakcje takie jak Serdeczność, Erudycja, Prawość, Altruizm i Nieustraszoność. Ci którzy podczas testów przynależności nie będą pasować do żadnej frakcji kończą jako bezfrakcyjni, czyli jako wyrzutki społeczeństwa mieszkający na ulicy. Z kolei tym co wyjdzie przynależność do więcej niż jednej frakcji, są Niezgodnymi, uznawani przez władzę jako zagrożenie, przez co muszą zostać wyeliminowani…

Nasza główna bohaterka Beatrice później zwana Tris musi podczas ceremonii wyboru zdecydować czy zostanie z rodziną jako Altruistka, gdzie uważa, że kompletnie nie pasuje, czy opuści ich wstępując do innej frakcji. Musi jednak strzec swojej tajemnicy, bo gdy wyjdzie na jaw rozpęta się piekło.

Tris wybierając nową frakcję musi przejść nowicjat, w którym nauczy się walczyć nie tylko z wrogiem, ale także z własnym strachem. Jej instruktorem jest Cztery, który posiada równie niebezpieczne tajemnice jak Tris. Czy gdy świat będzie zmierzał do wojny, oni będą mogli coś z tym zrobić? 

Język powieści nie jest skomplikowany, dlatego czyta się lekko i szybko. Mamy akty poświęcenia, miłości. Ale ja i tak tego nie kupuję. Co za dużo to niezdrowo. Samobójstwo, poświęcenie, które z nich jest aktem bohaterstwa jak uważa Eric? (przy okazji nienawidzę drania ;)

"Nie poddam się, niech ten ktoś, kto patrzy na mnie przez kamerę, widzi, że jestem odważna. Ale czasem to nie podjęcie walki świadczy o odwadze, ale stawienie czoła nieuchronnej śmierci."

O dziwo recenzja krótka, ale nie chcę dolewać oliwy do ognia, ale z chęcią poznam wasze opinie na temat tej książki. Czy tylko ja widzę w niej aż tyle złego, czy może ktoś ma podobne zdanie? Może uda wam się przekonać mnie do następnych części ;)


"Wiem, dlaczego ojciec mówił, że Nieustraszeni to banda wariatów. Nie mógł, nie potrafił zrozumieć tego rodzaju koleżeństwa, które powstaje tylko wtedy, gdy ludzie razem ryzykują życie."

I tu taka ciekawostka do której frakcji bym należała?
Hmm na pewno nie Prawość, aż taka prawdomówna nie jestem, chociaż w kwestii książek jak widać jestem bezwzględna.

Nie Erudycja bo mimo, że w szkole nie szło mi źle to jestem leniwa do pragnienia posiadania wiedzy i sięgania po podręczniki.

Nie Altruizm, to ciągłe wyrzekanie się siebie i wszyscy jednakowi, to nie dla mnie, a już na pewno nie Nieustraszoność bo umarłabym tam pierwszego dnia. Ktoś kto boi się domowych pająków na pewno nie jest Nieustraszony, a co do Serdeczności to ta frakcja wydaje mi się strasznie sztywna i nudna.
Tak więc witaj ulico byłabym bezfrakcyjna!


A wy gdzie byście należeli? Jak myślicie?

Ocena:
4/10

czwartek, 25 grudnia 2014

We wish you a merry Christmas!

Moi drodzy,
Dziękując Wam skromnie i ładnie
Pragniemy złożyć życzenia przykładnie
Za to że nas często odwiedzacie
I ciągle o nas pamiętacie!
Życzymy dużo zdrowia i radości
Pomyślności, trzeźwych gości.
Niech Mikołaj o Was nie zapomina
I niech się zmieści do komina!
Tony książek do czytania,
Wiele weny do rozmyślania.
Nowych przygód i doświadczeń
Przespanych nocy, bez majaczeń.
Jedynie prawdziwych przyjaciół u boku
Którzy będą światłem w życiowym mroku.
Milionów płyt do słuchania
Do wieczornego wzdychania.
Prawdziwej jak z bajki miłości
Pełnej zrozumienia, romantyczności.
Niech uśmiechy na Waszych twarzach się pojawiają
I innych smutasów do radości zmuszają.
Dużo ciepła, powodzenia, uczynności
Niech szczęście w Waszych życiach gości.
By Nowy Rok obfitował w sukcesy
A nie w podejrzane, fałszywe biznesy!
Dużo całusów i buziaków
Niech w uczuciach nie będzie braków ;)
Wesołych Świąt i nie tylko tyle
Bądźcie słodcy, nawet jeśli inni to goryle!
Nie zapomnijcie, by się pilnować w Sylwestra
A Nowy Rok niech będzie superekstra!

~ find-the-soul Kana & Lily


środa, 24 grudnia 2014

#14 Cud Bożonarodzeniowy czyli Wichrowe Wzgórza - Emily Bronte ~Lily

via. tumblr
Święta już tuż tuż. Wigilia rozkręca się pełną parą, jednak jak bardzo uwielbiam jeść karpia tak
nienawidzę zapachu jego smażenia, dlatego uciekłam pod choinkę by napisać tego posta.
Gdybym nie
przeczytała już W Śnieżną Noc, byłoby niesamowicie czytać ją właśnie teraz, gdy czuć już tą
niesamowitą atmosferę. Jednak mogę dzisiaj do was pisać o książce dość niezwykłej. Mogę uznać ją
za Bożonarodzeniowy Cud, dlatego piszę o niej właśnie teraz. W wakacje, czyli już dość dawno
zabrałam się za czytanie Wichrowych Wzgórz. Sięgnęłam do nich po tym, jak skończyłam Diabelskie
Maszyny, gdzie Tessa jak i Will uwielbiali książki, a że żyli w XIX w. czytali właśnie Wichrowe Wzgórza.

Już któryś spotkałam się z tym, że główna bohaterka uwielbia Wichrowe Wzgórza, a że ja uwielbiam
tę bohaterkę to warto sprawdzić, czy mamy podobny gust. Nie mogłam nigdzie dostać Opowieści o
Dwóch Miastach Charlesa Dickensa (z czego wiem, to książka ta nie jest drukowana od ładnych
kilkudziesięciu lat, a jedyne wersje kosztują ponad 100zł, co jest dla mnie przesadą, a przez moje
głupie nawyki, nie potrafię czytać ebooków, dlatego na razie nie mogę sięgnąć po Dickensa) dlatego
w przerwie między pierwszymi 3 tomami Darów Anioła a drugimi 3 zaczęłam czytać powieść z
początku XIX wieku, uważaną, za największy klasyk. Największy romans, jaki powstał.


Wiedziałam, że język będzie stary i muszę poświęcić na tę książkę więcej czasu, jednak w sierpniu udało mi się przeczytać tylko połowę. Teraz myślę, że dokończyłabym ją wtedy, gdyby obok nich nie leżało Miasto Upadłych Aniołów. Nie lubię zaczynać książek w trakcie czytania innych, jednak w tym przypadku nie udało mi się to. Ciekawość co się dzieje z moimi ukochanymi bohaterami zwyciężyła, a powieść Emily znalazła się na półce niedokończona.


Dwa tygodnie temu nie mając ani jednej książki w domu wzięłam na wyjazd właśnie Wichrowe

Wzgórza i jak się zdziwiłam, gdy nie mogłam się od nich oderwać. Okazało się, że skończyłam w
takim momencie, gdzie od następnej strony główną bohaterką była córka poprzedniej głównej
bohaterki (ale masło maślane), którą niestety zdążyłam pożegnać, gdy robiłam 4 miesięczną przerwę.

Jednak może coś o tym co przeczytałam w wakacje. Cała historia zaczyna się od trójki dzieci Catherine

Ernshaw, jej brata oraz Heatcliffa, który został adoptowany. Chłopiec miał jednak bardzo złośliwy
charakter. Gdy dorastali zakochał się w Cathy która wyszła za Lintona. Heatcliff nadal był w niej
szaleńczo zakochany, przez co stawał się nieobliczalny. Mieszkał wraz z przybranym bratem i jego
małym synem. Nie raz bił własnego brata doprowadzając go w końcu do śmierci. Heatcliff ożenił się z siostrą męża Catherine, Isabellą Linton, która urodziła mu syna Lintona Heatcliff, z którym uciekła od niego, ponieważ jego nieobliczalność nie miała granic. Cathrine jednak wraz z swoim charakterkiem pozostawała wierna mężowi. Z czasem zapadła na chorobę która zabrała ją ze świata pozostawiając córkę o tym samym imieniu. Właśnie na tym momencie odłożyłam książkę, która jednak nie spodobała mi się za bardzo. Może dlatego, że przypominała mi o lekturach, do których byłam zmuszana.

Jednak dwa tygodnie temu kiedy chwyciłam tę książkę w rękę historia stała się o wiele

przyjemniejsza. Cathy dorastała z ojcem, z czasem zaczęła żywić uczucie do swojego kuzyna,
wychowywanego przez Heatcliffa, który za wszelką cenę, chciał wzbogacić się na ślubie własnego
syna. Po raz kolejny Heatcliff pokazał swój czarny charakter. Był osobą, która była zdolna
doprowadzić do śmierci, porwań, wykorzystywania własnego dziecka do własnych celów.
Nie będę więcej pisać bo zaraz zaspojleruję całą książkę, a przecież nie o to chodzi. Zdaję sobie
sprawę jak niektórzy patrzą na takie klasyki. Jednak jest to odważna powieść jak na tamte czasy.
Ludzie zakochani są zdolni do różnych rzeczy. Heatcliff był złą osobą. Wyrządził tyle cierpienia, że było mi bardzo żal bohaterów, a w szczególności Catherine (córki). Ona nie była nic winna, że ten człowiek zakochał się w jej matce. Jednak nawet ta myśl nie wystarczyła, by oszczędził jej cierpienia.

Cała książka jest opowieścią jednej z postaci, gospodyni Ellen Dean, która wychowywała się razem z

małym Heatcliffem i Cathy a później wychowywała jej córkę. Opowieść ta była skierowana do pana
Lockwooda, który wynajął Drozdowe Gniazdo, posiadłość Heatcliffa, w której toczyło się większość
dobrego życia Catherine a później jej córki. Wichrowe Wzgórza (kolejna posiadłość z której
pochodziła trójka bohaterów z pierwszych stron) były miejscem, które kojarzy się z cierpieniem. Tam
historia się zaczęła i tam historia się zakończyła. Do Wichrowych Wzgórz wróciła Catherine Ernshaw wraz z miłością, która była naznaczona życiem Heatcliffa.

Wiem, że ta „recenzja” jest pokręcona i nie zdziwię się, jeśli nic z niej nie zrozumieliście, ale taka jest właśnie ta książka. Nie jest łatwą lekturą.

Dlaczego nazwałam tę książkę Cudem Bożonarodzeniowym? W sierpniu skazałam ją na straty. Teraz

gdy mamy praktycznie święta skończyłam ją i jestem oczarowana. Mimo kilku dni nie mogę o niej
zapomnieć. Jestem wręcz pewna, że ta historia zostawi ślad na całe życie, a przecież pierwsza połowa
była bardziej cierpieniem niż przyjemnością. To jest cud. Dokończyłam ją, nie mogłam się od niej
oderwać, spodobała mi się i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Teraz chcę sięgnąć po inne powieści sióstr Bronte, bo to jest niestety jedyna książka Emily. Chodzą

teorie, że wszystkie książki trzech sióstr zostały napisane przez Charlotte, która jako jedyna miała
talent pisarski. Wydaje mi się jednak, że tego się nigdy w 100% nie dowiemy. Jest to tajemnica
Wichrowych Wzgórz, Cudu 2014 roku.

Nie będę tej książki polecać każdemu. Jest to literatura, po którą trzeba sięgnąć z własnej woli.

Jestem jednak przykładem osoby, która kiedyś nienawidziła romansideł ani klasyków, a jednak
sięgnęłam po nią i jestem oczarowana, dlatego może warto dać jej szansę? Nie popełniajcie mojego
błędu i nie spisujcie tej książki na straty dopóki nie dobrniecie do dość nieprzewidywalnego końca.

A teraz tak na koniec bo chyba już karp skończył swoje katusze na patelni, chciałabym wam życzyć

spokojnych i rodzinnych świąt. Dużo radości i śniegu (którego już chyba nie zobaczymy, chociaż skoro cuda się zdarzają to może i jutro będzie biały poranek?), odpoczynku i ciekawych książek pod choinką ;) 
Pochwalcie się później co wam Mikołaj przyniósł, bo chyba będzie post o świątecznych zdobyczach.

Wesołych Świąt! Ho ho ho!

Ocena:
8/10

poniedziałek, 22 grudnia 2014

#13 Rywalki - Kiera Cass ~Lily

ACHTUNG! UWAGA! ATTENTION! (BĘDĄ OCHY I ACHY)

„Mam nadzieję, że znajdziesz kogoś, bez kogo będziesz mógł żyć.
I mam nadzieję, że nigdy się nie dowiesz, jak to jest,
musieć mimo wszystko żyć bez tego kogoś”

via tumblr
Dzisiaj przychodzę do was z recenzją, która nie była w planach na najbliższy czas. Jestem jednak dopiero co po lekturze pewnej książki, którą muszę wam pokazać. Książki, która mnie zaskoczyła i nie wierząc w to co piszę jest o stopień wyżej od Darów Anioła (czyli na drugim miejscu). Nie mogę się doczekać aż sięgnę po pozostałe części i zaczynam się obawiać, czy nie strąci Diabelskich Maszyn z pierwszego miejsca. Piszę to całkiem świadoma własnych  słów, traktuję książki Clare jak bóstwo ale Kiera Cass zaskoczyła mnie niesamowicie. Bo gdzie ja a książka o księciu? Ja i księżniczki? Nieee przecież to nie pasuje a jednak. Muszę powiedzieć, że już na samym początku pokochałam okładki tej serii. Wiem, że nie ocenia się książek po okładce, ale no kurczę za tak pięknymi okładkami musi się kryć niesamowita historia. Będą ochy, będą achy i to nie jedne, ale pisanie zaraz po lekturze nie jest bezpieczne (oczywiście po czasie na ogarnięcie swoich emocji, łez i wkurzenia na ostatnie zdanie).




Kiedy dostałam tę książkę od przyjaciółki (Gosia, to o Tobie, nawet nie wiesz jak jestem Ci cholernie wdzięczna, że dałaś mi najpiękniejszy prezent gwiazdkowy jaki mogłam sobie wymarzyć!) byłam wręcz pewna, że przeczytam ją po świętach. Jednak do wigilii zostały się jeszcze 3 dni (piszę to w niedzielę, chociaż wiem że tego dzisiaj nie opublikuję) a ja już błagam mamę by mi kupiła kolejne tomy i tu brawa dla Mamy bo obiecała że jutro podczas wyjazdu przywiezie mi drugą część! (wcale nie boi się, że bez niej nie wpuszczę jej do domu ;) Tak więc widzicie, że ta recenzja jest spontaniczna, ale wierzcie mi, nigdy nie czułam się TAK po przeczytaniu książki.

Ale no, rozpisałam się już niemało a nawet nie padł tytuł tego zacnego buka, dlatego panie i panowie mam zaszczyt przedstawić Rywalki autorstwa Kiery Cass!

Tak więc wiecie już, że książkę tą dostałam od mojej przyjaciółki ,ale do kompletu była jeszcze cieniutka książeczka Rywalki: Książę i Gwardzista, w której znajdują się dwa opowiadania oraz dodatki, takie jak drzewa genealogiczne, lista kandydatek (o tym za chwilę) oraz moje ulubione playlisty do poszczególnych tomów! Oczywiście z nich skorzystałam, bo piosenki są niesamowite, ale i tak czytając słuchałam czegoś innego, co już zawsze będzie mi się z tą książką kojarzyło. Nie wiem czy już kiedyś o tym pisałam, ale podczas czytania muszę mieć słuchawki w uszach, bo wtedy nie dociera do mnie kompletnie nic z otoczenia, a ja znajduję się w świecie razem z bohaterami. Kończy się to zawsze tym, że nawet miesiące po zakończeniu książki, gdy usłyszę taką piosenkę (zazwyczaj leci jedna w kółko i w kółko) to od raz nasuwają mi się obrazy z książki, co jest dla mnie niesamowite.

Jednak lekturę tych opowiadań zostawiam sobie minimum na przerwę między drugim a trzecim tomem, chociaż jeśli jutro nie znajdzie się Elita w Gnieźnieńskim Empiku będę chyba tak zdesperowana, że pochłonę ją w kilka minut. Tak więc chyba już czas przejść to tego dzieła, które jeszcze raz przypominam nosi nazwę Rywalki.

Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, od razu skojarzyła mi się z Igrzyskami Śmierci. Mamy świat po wojnie (i to na dodatek IV Wojnie Światowej), Państwo, które nie istnieje (Illéa). Ludzie są podzieleni na kasty od 1 do 8 a głową państwa jest Król. Nasza główna bohaterka to America , dziewczyna z Piątki, do której należeli muzycy, malarze, krótko mówiąc artyści. Dziewczynę, którą pokochałam, a zazwyczaj główne bohaterki mnie irytują (nie będę już pisać tytułu sami-wiecie-czego jeśli śledzicie bloga od jakiegoś czasu to wiecie o czym piszę). Tak więc mamy Americę, której rodzina jest biedna, ale mamy także surowe prawo, które łamie prawie każdej nocy, wymykając się z domu do chłopaka. Muszę powiedzieć, że pokochałam go (matko ja tu wszystkich kocham) od samego początku, lecz jak się okazało zrobiłam to zbyt pochopnie. Aspen, był Szóstką, czyli jego rodzina była w jeszcze gorszym stanie niż rodzina Ami. Jakie romantyczne było, gdy w nocy spotykali się w starym domku na drzewie, a ona śpiewała mu piosenki. Zawsze dostawała od niego jednocentówkę, niby to nic, jednak liczy się gest, a ona uzbierała już cały słoiczek. Spotykali się przez prawie dwa lata, a ona była pewna, że to miłość na całe życie, jednak wychodząc za mężczyznę z niższej klasy spadało się w dół razem z nim, a Aspen nie chciał tego dla Ami, która żyła muzyką.

No to może tyle o nich, bo zaraz zdradzę wam wszystkie szczegóły. Teraz przejdźmy do głównego wątku, ale po kolei. W Illéi panował zwyczaj, że młoda księżniczka wychodziła za księcia z innego kraju, aby wzmocnić sojusze. Książe jednak nie mając czasu na wybór małżonki, organizował Eliminacje, w których brała udział jedna dziewczyna z każdego miasta/rejonu (nie wiem jak to się nazywało). Za udział w Eliminacjach rodzina dostawała czeki, co mogło się okazać dla niektórych zbawieniem. Patrząc na rodzinę Ami, takie wspomogi byłyby wybawieniem. Jednak America nie chciała takie życia, nie chciała nawet słyszeć o zgłoszeniu. Miała ukochanego Aspena, z którym chciała spędzić życie. Jednak prośba niektórych ludzi, a utrata innych może spowodować, że jej nazwisko trafi do puli. I tak właściwie się zaczyna. Byłoby dziwne, gdyby główna bohaterka nie dostała się do 35 osób biorących udział w Eliminacjach na dworze, który wcale nie jest takim bezpiecznym miejscem. America nie mała dobrego zdania o księciu, który wydawał się płytki. Ale oboje nie zdawali sobie sprawy, że ten inny świat różni się aż tak bardzo od tego, o którym wiedzą. Ami dowiaduje się, że Pałac jak i całe państwo jest ciągle zagrożone przez rebeliantów, a młody książę Maxon, że świat poza murami jest pogrążony w głodzie i walce o każdy dzień.

Tak więc mamy 35 kandydatek, które będą walczyć o księcia, a niektóre tylko o koronę. Mamy także naszą Mer, która wcale nie chciała się tam znaleźć, a tym bardziej walczyć o Maxona. Czy to możliwe, żeby nie musiała walczyć o miłość tylko miłość walczyła o nią? Co będzie kiedy znajdzie się między Maxonem a Aspenem?

Tu was zaskoczę, nie znam odpowiedzi na to pytanie, bo (tak, to jest powód dlaczego miałam ochotę krzyczeć na ostatnie zdanie) kochana autorka zamieściła taki napis jak: KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ zaraz po tym, gdzie książę ograniczył kandydatki do Elity, w której znajduje się 6 dziewczyn. Teraz pytanie co z Ami? Czy przez swój charakter książę ją wyrzuci, zdając sobie sprawę, że ona go nie kocha? Czy może jednak ona coś do niego czuje, a on da jej szansę?

„Ty sobie nie dajesz rady z płaczącymi kobietami,
a ja nie radzę ze spacerami u boku księcia”

Musicie się o tym dowiedzieć. Wiem księżniczki i te sprawy, ale no kurczę nie spróbować chociaż sięgnąć po tę książkę, to to aż nie mam słowa… to marnotrawstwo. Kiera Cass ma niepodważalny talent. Sposób w jaki są przedstawione postaci, w jaki sposób bohaterka musi wybierać między miłością swojego starego życia, a miłością która nawet nie jest stała. Ale takie jest życie, trzeba podejmować decyzje, które zmienią nieodwracalnie nasze życie.

Muszę powiedzieć, że tak jak na początku kochałam Aspena tak go później nienawidziłam, tak jak nie lubiłam księcia (no bo kurczę, książę to taki sztywniak itp. Itd.) tak pokochałam go za to, że potrafi słuchać innych. Pokochałam go za to, że nawet gdy jako przyszły władca ludzie nie liczyli się z jego zdaniem, nie poddaje się, a już przy pierwszym spotkaniu nie wyrzuca Ami z pałacu. Ach ma jęzor dziewczyna. Nie ma to jak zrobić pierwsze dobre wrażenie ;)

„Podeszłam do niego i potarłam dłonią jego czoło.
- Co ty robisz?
-Usuwam ci pamięć. Sądzę, że możemy to zrobić lepiej”

Piękne jest w tej książce to, że nie wiemy kogo wybierze Ami. Nie wiemy jak potoczy się to wszystko. Czy państwo przetrwa, czy będzie w ogóle o kogo walczyć. Do tego tak lekki sposób w jaki ta książka została napisana sprawia, że czyta się ją niesamowicie szybko, a po odłożeniu tej książki nie jest się w stanie zasnąć przez długie godziny. (Mama już nie mogła wytrzymać i zabrała mi książkę wczoraj wieczorem, bym w końcu poszła się wykąpać, a później zgasiła mi światło i tak leżałam pół nocy zastanawiając się, co się dzieje na dalszych kartach tej historii).

I teraz skończyłam ją i ciągle myślę co tam się dzieje, a do tego te okładki! Jak patrzę na okładkę Jedynej  (trzecia część) to aż mi serce pęka, że nie wiem, co oznacza ta piękna biała suknia. Mam jednak nadzieję, że już wkrótce będę mogła wam to napisać. Teraz niestety muszę czekać aż te perełki trafią w moje ręce, a ja znów zatopię się w tej historii, która wzrusza, która jest zabawna (przez co się tak śmiałam, że mama nie chciała już ze mną siedzieć) i która zostaje w pamięci, mam nadzieję, na zawsze.

„Czasami, aby coś ukryć, najlepiej robić to na oczach wszystkich”


Ocena:
10/10

wtorek, 16 grudnia 2014

#12 W Śnieżną Noc - Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle ~Lily

via. tumblr
Święta święta i pewnie za chwilę po świętach, jednak atmosfera się dopiero rozkręca, tak więc dzisiaj tak klimatycznie recenzja W Śnieżną Noc. Zapewne spotkaliście się już z tą książką, a jeśli nie to przypomnę, że są to świąteczne opowiadania autorstwa Maureen Johnson, John'a Green'a i Lauren Myracle. Pewnie myślicie "a ta znów o Greenie" jednak mogę przysiąc, że jest to ostatnia recenzja książki tego autora na tym blogu (przynajmniej w tym roku ;) bo na razie została mi się tylko 19 razy Katherine, która jednak nie zachęca mnie do siebie.


Muszę przyznać, że długo czekałam na tą książkę. Pierwszy raz spotkałam się z nią bodajże we wrześniu i jak tylko ruszyła przedsprzedaż, zamówiłam sobie egzemplarz. Ze wszystkich książek Bukowego Lasu ta okładka urzekła mnie najbardziej. Oddaje klimat całej historii kryjącej się w jej wnętrzu.

Zanim przejdę do krótkiego opisu opowiadań, powiem coś do mnie nieprawdopodobnego. Moim ulubionym opowiadaniem w tej książce, opowiadaniem które całkowicie skradło moje serce nie jest opowiadaniem spod pióra Greena! Taki może mały szok, ale jest to w 100% prawda. Ten tytuł przypada Maureen Johnson, autorce pierwszego opowiadania o tytule Podróż Wigilijna. Jak to mówią korona jest tylko jedna i przypada właśnie tej historii.

Pewnie nie tylko mnie zastanawiało jak ta książka wygląda. Trzech autorów? Jak oni mogli to napisać? Jedna historia, czy kilka opowiadań? Tak więc odpowiem na te pytania, byście nie musieli się nad nimi dłużej zastanawiać. Książka składa się z trzech opowiadań, każde napisane przez innego autora. Jednak wszystkie historie łączą się ze sobą. Akcja dzieje się w tym samym czasie, w tej samej miejscowości, a bohaterowie przeplatają się przez wszystkie opowiadania.

Pierwsze opowiadanie jak już wspominałam Podróż Wigilijna rozpoczyna całą książkę. Główną bohaterką jest dziewczyna o zwariowanym imieniu Jubilatka, jednak uwierzcie mi jej rodzice są jeszcze bardziej zwariowani. Jak to w Stanach, panują tam dziwne zwyczaje (przynajmniej mnie już tam nic nie zdziwi). Jubilatka jest zmuszona przejechać połowę kraju do dziadków i to w Wigilię ponieważ jej rodzice trafili do więzienia i to uwaga przez miniaturowe domki wioski Flobie! (Nie mam pojęcia co to dokładnie jest, domyślam się, że coś w stylu wioski smerfów). Tak więc to nie koniec nieszczęścia w tym opowiadaniu, ale żeby zbyt wiele nie zdradzać powiem jeszcze tylko, że jej pociąg utknął w ogromnej śnieżycy, a nasza bohaterka trafia do Gracetown.

Drugie opowiadanie ma tytuł Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy godny tylko Greena. Już się do nich przyzwyczaiłam, a tym razem chodzi o... Cheerleaderki! Jak już trwa śnieżyca trójka naszych bohaterów o imionach po raz kolejny godnych mistrza: Tobin, JP i Diuk jadą ratować przyjaciela, który utknął z całą zgrają pomponów. I tutaj po raz kolejny w książce Greena znajdujemy osobę z innego kontynentu. Jak w Szukając Alaski był to Japończyk, tu mamy Koreańczyków. Jest to chyba najkrótsze opowiadanie w tej książce, jednak wciąga. W każdym opowiadaniu mamy wątek miłosny, który jednak nie przyćmiewa wszystkiego innego. Najbardziej w historii Green'a spodobało mi się słowo "Upośladek" którego używał jeden z bohaterów. Chyba trafi ono do mojego słowniczka, ponieważ niektórzy to naprawdę upośladki.

Ostatnie opowiadanie Święta Patronka Świnek było najbardziej irytującą historią jaką czytałam w tym roku. Chyba mnie bardziej denerwowało niż Szeptem. Nie wiem dlaczego, ale po prostu nie mogłam skończyć tej książki właśnie przez tą historię, a właściwie przez główną bohaterkę, Addie. Domyślam się, że taki właśnie miała mieć charakter ta bohaterka, ale przysięgam trafiał mnie już po prostu szlag. Ciągle wszystko musiało się kręcić wokół niej. Była miejscami po prostu głupia. Najpierw sama narozrabiała, później na siłę wmówiła wszystkim, że to jej wina, a później się nad sobą użalała. No kompletnie nie mój klimat. Wiadomo, że musiał zdarzyć się Bożonarodzeniowy Cud, który jak najbardziej przydał się tej bohaterce, ale naprawdę to opowiadanie było dla mnie po prostu nudne. Jak już się trochę wciągnęłam to już był koniec, więc niestety ale uważam, że  jest to najsłabsze ogniwo tej książki.

Jednak oceniając książkę jako całość, jest jedną z dość nielicznych typowo świątecznych książek. Kogoś może przerazić, że są to historie o miłości, jednak naprawdę warto to przeczytać, bo graniczy z cudem się przy niej nie pośmiać czy uśmiechnąć. Czytanie tej książki było przyjemnością (Pominę ostatnią historię. Nie będę skreślać całej książki przez to, że Addie była upośladkiem) Jestem wręcz pewna, że będę do niej wracać w każde święta. Może będzie to nawet taka mała tradycja i będę polecać tę książkę każdemu i niekoniecznie tylko fanom Greena, bo jak widać są tu inni autorzy.

Wiem, że się trochę rozpisałam jednak jeszcze na koniec: Naprawdę gorąco polecam tę książkę. Jeśli chcecie poczuć klimat świąt, jeśli chcecie oderwać się od rzeczywistości, lub po prostu chcecie przeczytać coś dobrego ta pozycja jest dla was. A jeśli już czytaliście, jakie są wasze wrażenia?


"Blasku życia zawsze towarzyszą cienie."

Ocena:
6.5/10

niedziela, 7 grudnia 2014

#11 Love, Rosie - Cecelia Ahern ~Lily


Możecie mnie zlinczować, zamordować i co tylko chcecie, jestem na to gotowa. Obiecałam sobie, że ten post pojawi się w weekend. Tak, mamy weekend, ale niestety nie ten co myślałam. Nawet nie wiem kiedy ten tydzień zleciał. Dopiero kilka dni temu dowiedziałam się, że po świętach już jest koniec semestru, tak więc teraz mam po 3 sprawdziany dziennie i moją aktualną lekturą jest grubaśny zbiór zadań z matematyki rozszerzonej oraz inne takie cegły, których gorąco NIE POLECAM.
via. tumblr
W piątek, kiedy już ta recenzja była gotowa do polskich kin trafiło Love, Rosie z moją kochaną Lily Collins w roli głównej! Ale oczywiście przed filmem wypada przeczytać książkę. Tak więc specjalnie polowałam na filmową okładkę przez co późno przeczytałam tę książkę. Nowe wydanie miało premierę w środę ale ja miałam to szczęście mieć ją tydzień wcześniej, przez co weekend upłynął pod piórem Cecilii Ahern.
Przechodząc do głównego tematu, przed wami recenzja Love, Rosie lub Na Końcu Tęczy, jak kto woli.
Książka w pięknej okładce, ale no to jest jak najbardziej subiektywna opinia, ale po prostu uwielbiam Lily i Sama, którego możecie znać z roli Finnick'a z Igrzysk Śmierci. Gdy otworzymy tą książkę, no to możemy się trochę zdziwić, ponieważ całość napisana jest w formie listów, maili, sms'ów itp. Muszę się przyznać, że na początku mnie to strasznie irytowało, nie mogłam się do tego przyzwyczaić, jednak teraz uważam, że jest to całkiem świetny pomysł. Dzięki temu lepiej poznajemy bohaterów. Oczywiście trzeba umieć pisać w takiej formie, jednak Cecilia Ahern jak najbardziej to potrafi.

Tytułowa Rosie, to oczywiście nasza główna bohaterka. Poznajemy ją jak i zarówno Alexa jako dzieci. Razem z nimi dojrzewamy, chociaż jak dla mnie w zbyt szybkim tempie. Książka tak wciąga, że wystarczy mrugnięcie okiem, a nasi bohaterowie już są dorośli, jednak ich życie nie jest usłane różami, przynajmniej nie życie Rosie.

Rosie i Alex byli nierozłączni przez całe swoje życie, aż pewnego dnia, rodzicie Alexa przeprowadzają się do Bostonu a on razem z nimi, podczas gdy Rosie zostaje w Dublinie. Wydawać by się mogło, że w tak nowoczesnych czasach odległość nie stanowi problemu. Rosie chciała studiować w Bostonie jednak pewna mała osóbka pokrzyżowała całe jej plany.
W czasie gdy Alex studiuje w Harvardzie, Rosie staje się nastoletnią mamą. Kiedy Alex spełnia marzenia i zostaje kardiochirurgiem Rosie dorabia pieniądze, by zapewnić w miarę przyzwoity los Katie. W czasie gdy myśli, że wszystkie jej marzenia przepadły nie zauważa, że to co niemożliwe stało się całkiem naturalną rzeczą. Bała się być mamą, jednak przezwyciężając wszystko Katie stała się jej całym światem.

Nie chcę więcej mówić na temat fabuły. Pewnie pomyślicie, że jest banalna, albo nijaka jednak wcale taka nie jest. Rosie, choć czasem nieziemsko irytująca, jest przykładem silnej osoby. Udowodniła, że nie można rezygnować z marzeń, bo mogą się one spełnić nawet i za 50 lat. Czasami gdy osiągnie się cel, wygląda on inaczej niż się tego spodziewaliśmy, ale jednak tego dokonaliśmy. Tego dokonała Rosie i to wielu trudach.

Całe życie mijała się z Alexem mimo, że przecież oboje się kochali. Czasami miałam okazję zdzielić Alexa książką po głowie (gdyby oczywiście było to możliwe) że jest taki głupi i ślepy. Przez większość czytania było błagalne wręcz "no bądźcie razem, no bądźcie razem, no powiedz to, no zrób to". Ale uwierzcie, oni powinni być razem! Gdy jedno z nich brało ślub miałam ochotę rzucić tę książkę w najodleglejszy kąt i tupać nogami na znak protestu. Jak na moje nieszczęście ślubów nie brakowało. Po prostu działo się wszystko przeciwko mnie. Gdy jedno brało ślub, drugiemu waliło się życie, gdy już wydawało się że może będą wreszcie razem to wyskakiwało znów coś nieprzewidywalnego.

Większość książki jest utrzymana w dość smutnym, wzruszającym nastroju. Kiedy jedno się układało, coś innego się waliło. Z czasem zrozumiałam, że Katie jest swego rodzaju Rosie. Podobnie wyglądało jej życie, niektóre sytuacje były skopiowane w czasie, jednak nie popełniła już tych samych błędów co Rosie.

Nie wiem co jeszcze powiedzieć o tej książce. Mam wrażenie, że co bym nie napisała, to nie odda to magii tej książki, ale uwierzcie, jest to moja kolejna próba tej recenzji i za każdym razem mam wrażenie, że ją zaniżam. Wydaje mi się taka banalna, tak, historia nie jest specjalnie oryginalna, ale sposób w jaki są wykreowane postacie, jakie sytuacje stają na ich drodze są naprawdę wciągające. Z łatwością mogłam wcielić się w role bohaterów, przez co trudno było mnie odciągnąć od czytania, co koniec końców skończyło się tym, że całość przeczytałam w może 4 godziny. A warto napomknąć, że książka ta ma ponad 500 stron, co nie jest wcale tak mało. Więc to chyba samo przez się potwierdza, że ta książka ma w sobie to "coś" chociaż bardziej skierowane do starszych czytelników niż nastolatków, jednak mi się bardzo spodobała. Mogę powiedzieć, że to jedna z najlepszych pozycji jakie przeczytałam w tym roku. (Tak, zanosi się na podsumowanie roku, przez co myślę nad założeniem vloga. Co o tym myślicie? Będziecie mnie odwiedzać?)
Piszcie co o wszystkim myślicie, a jeśli nie wiecie czy sięgnąć po tą książkę czy nie, SIĘGNIJCIE KONIECZNIE! I przy okazji zdzielcie Alexa po głowie ;)

"Teraz już wiem na pewno, że tam, na końcu tęczy, czeka na mnie spełnienie marzeń."

A tak na koniec. Wczoraj były mikołajki i miałam okazję być na tym filmie w kinie, za co dziękuję mojej przyjaciółce. Film jest fenomenalny jednak bardziej oparty na książce. Na pewno nie nazwałabym tego ekranizacją książki, ale z drugiej strony co się dziwić, gdy ta historia jest napisana w taki specyficzny sposób. Brakowało mi kilku postaci w filmie i żałowałam, że niektórych scen nie było, lub łączyli dwie postacie w jedną. Nie trawiłam Grega jednak łączyć go w jedno z Brianem Marudą to jednak kiepski pomysł, tym bardziej, że aktor był zbyt przystojny jak na nich ;) Mimo wszystko warto na film się wybrać. Gorąco polecam, a Lily i Sam jako Rosie i Alex to po prostu coś niesamowitego, numer #1 w śród filmowych par tego roku! Ale cóż, w tej kwestii nie będę obiektywna bo jak wiecie uwielbiam Dary Anioła i Igrzyska Śmierci, a Clary i Finnick to moje kochane postacie i do tego tacy aktorzy, że jako ogromna fanka jaram się tym, że zagrali razem i to jeszcze tak dobrze. Tak więc już ostatnie zdanie: gorąco polecam i książkę i film.

"Pozostawiłam więc moją cudowną, inteligentną rodzinę, zanurzyłam się w ciepłej kąpieli i zaczęłam rozważać samobójstwo przez utopienie. Potem jednak przypomniałam sobie o resztkach ciasta czekoladowego w lodówce i wynurzyłam się, nabierając powietrza w płuca. Dla niektórych rzeczy warto żyć."


Ocena:
9/10